Ręce opadają

0
32
REKLAMA

Od dziesiątków już lat wyśmiewam się z rozmaitych postępowców i innych takich, którzy z jednej strony „walczą z nacjonalizmem”, a z drugiej właśnie sprawy narodowe uważają za najważniejsze, to znaczy: za najbardziej im przeszkadzające. Powoduje to wiele zabawnych sytuacyj,
Próbowałem się, na przykład, dowiedzieć, dlaczego mniejszość niemiecka ma prawo do uprzywilejowanego wyboru kilku posłów, a mańkuci (których jest w Polsce mniej‑więcej tyle samo, co Niemców) nie mają takiego uprawnienia. Czyli: czy podział narodowościowy jest ważniejszy niż inne? Bo jeśli tak, to dlaczego postępowcy z uporem godnym lepszej sprawy zajmują się akurat kwestiami narodowymi?
Na podobną rafę wpadają co i rusz Litwini, zwłaszcza z Polakami. Czasem obydwie strony nie mają w tych sporach racji, bo problem (np. imion) jest absurdalny, ale obydwie strony zgodnie twierdzą, że problem jest realny i poważny…
Widocznie lubią się kłócić.
Ostatnio zabłysnął poseł do litewskiego sejmu, p. Herman Lydeka, z Ruchu Liberałów. Już zresztą widzę, bo pisałem o tym na swoim blogu, jak p. Poseł zgłasza straszliwą notę dyplomatyczną (p. Lydeka jest dyplomowanym specjalistą od protokołu dyplomatycznego i etykiety!!), domagając się, bym Go przeprosił za pisanie o Nim per „Herman”, podczas gdy On jest „Arminas”. Otóż pisząc po litewsku, na pewno pisałbym o Nim „Arminas”, a o śp. Mickiewiczu „Adomas”, ale piszę akurat po polsku…
To właśnie jest ten absurdalny problem: Litwini pouczają nas, jak mamy mówić i pisać po polsku, a Polacy pouczają Litwinów, jak mówić i pisać po litewsku!!!!
P. Lydekę poruszyło, że (jak donosi Kurier Wileński), administracja samorządu rejonu wileńskiego od kandydatów na stanowisko specjalisty wydziału rachunkowości wymaga znajomości na poziomie początkującym języków angielskiego i polskiego. P. Lydeka pyta, czy nie jest to naruszanie litewskiej konstytucji jako dyskryminacja nieznających polszczyzny.
Kurier Wileński pisze o tym tak: „Chęć zatrudnienia w instytucji państwowej wszechstronnie wykształconego, szczególnie w zakresie znajomości języków obcych, specjalistę na Litwie może być potraktowane jako łamanie praw człowieka, a nawet sprzeczne z Konstytucją.
O tym, już po raz kolejny, przekonała się administracja samorządu rejonu wileńskiego, która od kandydatów na stanowisko specjalisty wydziału rachunkowości wymaga znajomości na poziomie początkującym języków angielskiego i polskiego. W całym zamieszaniu nie chodzi jednak o wymóg znajomości języka angielskiego, która w zamieszkałej w większości przez mniejszość polską jest, delikatnie mówiąc, mało przydatna. Poszło więc (zresztą jak zawsze na Wileńszczyźnie) o język polski”.
No właśnie: co z dyskryminacją nie znających angielszczyzny?!?
P. Poseł, wiedziony ślepą niechęcią do Polaków, pomylił po prostu znajomość języka z narodowością. Jest, oczywiście, prawdą, że na ogół po polsku mówią Polacy, ale np. p. Witold Landsbergis mówi po polsku na poziomie znacznie wyższym niż początkujący. I gdyby się zgłosił, to pewno zostałby przyjęty do tej pracy.
O, właśnie: zaraz będzie kolejna afera za nazywanie p. Lansbergisa „Witoldem”, a nie „Vytautasem”!
Ale gdyby magistrat Tarnowa stawiał warunek, by specjalista od wodociągów pochodził z Tarnowa, czy też nie miałby do tego prawa?
Może by wprowadzić w całej Unii Europejskiej jakiś przepis wymagający od posłów we wszystkich euro‑stanach umiejętności myślenia?
No, nie, to byłoby niewątpliwe ograniczenie praw człowieka!

REKLAMA
REKLAMA

Dodaj komentarz

  Ustaw powiadomienia  
Powiadom o