Referenda

0
58

Spryt ruchu polegał na tym, że pomysłu referendum nie odrzucono, co byłoby dosyć niewygodne przede wszystkim dlatego, że przez kilka ostatnich lat partia rządząca mówiła, że nie wolno odrzucać inicjatyw referendalnych, ale wniosek skierowano do komisji, a ponieważ akurat zaczęły się wakacje, to pomysł sam wyzionie ducha w wyżej wspomnianej komisji. I cóż… napiszę teraz coś, za co ani chybi oberwę… dobrze, że tak się stało.
A teraz się wytłumaczę. Cała ta sytuacja pozwala bowiem zachować twarz opozycji, która może wytykać rządzącym hipokryzję i niekonsekwencję, a jednocześnie nie oddano w ręce społeczeństwa sprawy tak poważnej jak reforma edukacji. Dla porządku. Nie uważam, by to, co robi pani minister Zaleska, było jakąkolwiek reformą. Likwidacja gimnazjów jest jedynie przestawieniem klocków, a nie żadną reformą. Ale gdyby w tej sprawie doszło do referendum, można by odnieść wrażenie, że spór idzie o jakąś istotną zmianę. A to nie jest prawda. Likwidacja gimnazjów doprowadzi do lekkiego chaosu w szkolnictwie oraz pozbawi pracy kilka tysięcy osób. To ostatnie zjawisko będzie o tyle mniej dokuczliwe, niż byłoby jeszcze kilka lat temu, dlatego że akurat jesteśmy na etapie śladowego bezrobocia, i młodzi nauczyciele, a to oni przede wszystkim stracą pracę, powinni bez trudu znaleźć jakieś zajęcie – i to prawdopodobnie lepiej płatne. Prawdziwa reforma edukacji powinna natomiast dotyczyć tego, czego i jak chcemy dzieci uczyć. Dziś uczymy ich zdawać testy, po reformie powinniśmy zacząć uczyć myśleć i współdziałać. Tylko tyle i aż tyle. A tego nie robimy ani w systemie z gimnazjami, ani w tym bez gimnazjów. I jeszcze jedno. Po prawdziwej reformie edukacji praca nauczyciela powinna być jedną z lepiej opłacanych, a zostanie nauczycielem powinno być trudniejsze niż zostanie prawnikiem.
Tyle że prawdziwej reformy nie osiąga się na drodze referendalnej. W referendum powinno się odpowiadać TAK albo NIE. I koniec. I kropka. Czy w sprawie edukacji można tak odpowiedzieć? W zasadzie tak, ale pod warunkiem, że sztab mądrych ludzi przygotuje gotową propozycję, a inny sztab poświęci swój czas i umiejętności, by obywatelom wytłumaczyć to, co przygotowano.
Te same uwagi mam do propozycji prezydenta, by w drodze referendum zmieniać Konstytucję. Nie dlatego co kilka lat wybieramy kilkuset naszych przedstawicieli, by dzisiaj głowić się nad meandrami Konstytucji. Zresztą po obowiązującej dziś (chociaż jak się wydaje nie wszystkich) Konstytucji widać, jak łatwo jest o wzajemnie wykluczające się interpretacje na temat tego, co oznaczają poszczególne w niej zapisy. Nijak nie jest to przestrzeń do ogólnonarodowej dyskusji zakończonej referendum.
Czasami nie należy godzić się na referendum – nawet wtedy, gdy sprawa jest dosyć zero-jedynkowa albo, inaczej mówiąc, czarno-biała. Tak jest na przykład z karą śmierci. Wiadomo, że gdyby dziś zrobić w tej sprawie referendum, to wynik byłby bardzo klarowny. Miażdżąca część naszych rodaków opowiedziałaby się za wprowadzeniem takiej kary, która – jak twierdzi większość prawników – wcale zresztą karą nie jest, a jedynie formą odwetu społeczeństwa. Dlaczego tak się dzieje, tego do końca nie rozumiem, bo w końcu przeciwko karze śmierci w sposób jasny i zdecydowany był i Jan Paweł II, uznawany przez znaczącą większość Polaków za niekwestionowany autorytet, a i większość naszych rodaków jest za ochroną życia poczętego. Widocznie życie narodzone już takie święte nie jest.
Jestem też przeciwko referendum w sprawie przyjęcia euro. Chyba że w pytaniu zostanie powiedziane po jakim kursie miałoby to przejście być. Jeżeli Euro miałoby być warte więcej niż 4,20 złotego, to byłbym przeciw. Jeżeli miało by być warte mniej niż 4 złote, to byłbym za. Jeżeli natomiast przelicznik miałby być taki – euro = 2 złote, to głosowałbym oburącz za. Ale dyskusji na ten, moim zdaniem bardzo ważny, temat niestety nie ma.

REKLAMA

Dodaj komentarz

  Ustaw powiadomienia  
Powiadom o