Reparacje

0
66

Gdy ludzie się nieco cywilizowali, tworzono wojska zaciężne. To znaczy żołnierze dostawali jakiś żołd, ale wartością dodaną było to, co mogli zrabować na wojnie. Gdy cywilizacja zatoczyła kolejne koło, pojawiły się reparacje wojenne. To znaczy żołnierze nie tylko rabowali, ale także zwycięzca nakładał na pokonanego opłaty, które miały go na dłuższy czas osłabić. Było to najczęściej stosowane w sytuacji, gdy to agresor przegrywał wojnę.
Często reparacje wojenne niosły ze sobą zarzewie nowej wojny. Tak było na przykład w 1918 roku. Przyjęte w Wersalu zasady pokoju po I wojnie światowej były dla Niemców tak bolesne, że 21 lat później ruszyli znowu podbijać świat. Jak się to podbijanie skończyło, to już doskonale wiemy, bo żyjemy w świecie uporządkowanym po II wojnie światowej. To znaczy niektóre z ustaleń z końca wojny już nie obowiązują, na przykład upadek ZSRR przeorał wszelkie podziały wpływów, pojawiły się też nowe państwa, ale na przykład Polska swój obecny kształt ma od tamtego czasu. I teraz nagle słyszymy o tym, że Niemcy powinni nam zapłacić za najechanie naszego kraju w 1939 roku.
Od razu zaznaczę, że nie mówię nie. Zwłaszcza że Berlin przywołuje jakieś polskie zrzeczenie się wszelkich materialnych pretensji z 1953 roku, co jest o tyle kuriozalne, że Polska wówczas była całkowicie niesamodzielna, a zrzeczenie się dotyczyło NRD, czyli państwa, którego dosyć dawno już nie ma. W dodatku znam opracowania całkiem poważnych ludzi, na przykład wybitnego ekonomisty profesora Witolda Orłowskiego, który w swojej książce o historii alternatywnej dowodzi, że gdyby nie wojna, to Polska miała by szansę być na początku XXI wieku na poziomie rozwoju Belgii. No, ale tu zaczynają się schody. Bowiem czy fakt, że jesteśmy dziś tak daleko za Belgią, to jest wina tylko Niemców? No chyba jednak nie. Przecież w 1939 roku nóż w plecy wbił nam Stalin, zajmując mniej więcej 35 procent naszego kraju. Co więcej, do naszego upadku przyłożyły się także Anglia i Francja, które podpisały z nami stosowne umowy, ale po napaści Hitlera ich nie dotrzymały. W pewnym sensie stan, w jakim nasz kraj znalazł się po 1945, był też efektem złamania Karty Atlantyckiej podpisanej przez Churchilla i Roosevelta na pokładzie „Prince of Wales”, a także zdradzeniem nas i innych krajów regionu przez sojuszników, którzy oddali naszą część Europy Stalinowi w porozumieniach z Teheranu i Jałty. To, że po wojnie się błyskawicznie nie odbudowaliśmy, „zawdzięczamy” także sobie, a raczej tym, którzy wówczas w Polsce rządzili, bo odrzuciliśmy amerykański plan Marshalla, który niemiecki minister przemysłu Ludwig Erhard przyjął z otwartymi rękoma i na ogołoconej niemieckiej ziemi od zera wybudował najsilniejszą europejską gospodarkę. To jak? Tego wszystkiego nie powinniśmy liczyć? A ziemie zachodnie, tak zwane „odzyskane”, które przybliżyły nas na zachód, to też nic?
Ktoś powie: owszem zabraliśmy Niemcom kawał ich kraju, ale ZSRR zabrał nam nasze wschodnie ziemie, tyle tylko, że to już nie jest pretensja do Niemców, tylko do Rosjan, przypomnijmy, też agresora z 1939 roku, ale – dziwna sprawa – od Rosji nikt reparacji nie chce. To już niby łatwiej byłoby wystawić rachunek za zrównanie z ziemią Warszawy jesienią 1944 roku. Zaciekłość, z jaką Niemcy to robili, jest zresztą dla mnie nadal niezrozumiała. Ale znowu: czy rachunek należałoby wystawić tylko Niemcom? Na drugim brzegu Wisły stały wojska sojuszników i przyglądały się – najpierw mordowaniu 200 tysięcy ludzi, potem miasta. I co? Nikt nic nie mógł? Churchill czy Roosvelt (był już chory, ale zmarł dopiero pół roku później) nie mogli nacisnąć na Stalina, by jednak pomóc Warszawie? A jeżeli nie mogli, bo wielka polityka im na to nie pozwalała, to dzisiaj może warto by nam – nie, nie zapłacili, bo na przykład jak wyliczyć wartość życia 200 tysięcy osób, ale chociaż powiedzieli otwarcie, że wtedy nie umiano stanąć po jasnej stronie mocy.

REKLAMA

Dodaj komentarz

  Ustaw powiadomienia  
Powiadom o