Rysa na teflonie

0
60
REKLAMA

Przecież PO zawalało już nie takie sprawy i ze wszystkiego premier wychodził czyściutki. Nie zaszkodziła mu ani katastrofa smoleńska, ani kryzys, ani kompromitacja kolejnych, obiecywanych reform, ani afera hazardowa… A tu jakieś głupie ACTA i bunt małolatów, których wydawało się, że będzie można propagandowo wyizolować ze społeczeństwa równie łatwo, jak wcześniej „kiboli”, oskarżając, że się przyzwyczaili do darmochy w Internecie. I nagle sondażowe słupki poleciały w dół…
No cóż, na to pytanie nie ma odpowiedzi. Żaden znawca nie jest w stanie określić momentu, w którym wyczerpuje się ludzka cierpliwość. Tak jak żaden ekonomista nie umie przewidzieć, kiedy pęknie spekulacyjna bańka albo żaden hydrolog nie wyliczy, w którym momencie w zalewanej ściekami rzece z dnia na dzień wymrą ryby. Po prostu do pewnego momentu wyborcy apatycznie wierzą w każde oszustwo władzy, a nagle przestają. Jest tylko jedna prawidłowość: zawsze się wydaje, że poszło o jakiś duperel. Że ludzie powinni buntować się przy wielkich wtopach władzy i się nie buntowali, a zmienił ich sympatie jakiś mało istotny drobiazg, ot, sprawa posła Pęczaka i jego firanek w samochodzie (kto jeszcze pamięta?) czy groszowa w gruncie rzeczy prowizja żądana przez Rywina za ustawę.
Wyjaśnijmy, w co w tym konkretnym wypadku przestali Polacy wierzyć. Nie, jak mogłoby się wydawać, w to, że w Polsce sytuacja idzie w dobrym kierunku i że kraj jest dobrze rządzony − w to nie wierzą już od dawna, badania opinii publicznej pokazują to jasno. Ale za sprawą fatalnego podpisu pod ACTA i pogubienia się premiera, który najpierw wygrażał, że nie ustąpi internetowym złodziejom, a następnego dnia uderzył w pokorę, Polacy przestali wierzyć, że to wszystko nie jest winą Tuska.
Bo na tym właśnie polegał ów, jak się przyjęło pisać, „teflon”, którym się Tusk otoczył i który sprawiał, że „nic się do niego nie przyklejało”. Całą troską Tuska (mój Boże, gdybyż połowę tej energii, którą zużył na budowanie wizerunku, zużył na naprawianie kraju!) było odepchnąć od siebie każdy problem jak najdalej. Służba zdrowia, szkoły, powódź…? Oddać szpitale samorządom i powiedzieć ludziom – no, co ja mogę? Jakiego sobie wybraliście wójta, takiego macie. Kryzys? Przyszedł z zewnątrz. Niedorobione drogi czy stadion? Wyciągnę konsekwencje wobec stosownego ministra. Smoleńsk? Uciekać jak najdalej.
Z niezwykłą wyrozumiałością i cierpliwością, płynącą z poczucia materialnego bezpieczeństwa i z faktu, iż poprzednik zdołał wielu z nich przestraszyć, Polacy kupowali kolejne usprawiedliwienia swojego premiera. Uparcie chcieli w nim widzieć faceta, który robi, co może, no a przecież nie może wszystkiego i trudno go za to winić.
Teraz z niedowierzaniem zaczynają dostrzegać w nim cwanego oszusta, który od lat wodzi ich za nos. Rozzuchwalił się tak, że dziś mówi jedno, jutro coś odwrotnego, a pojutrze znowu tamto, przekonany, że ludzie nic nie zauważą (bo dotąd faktycznie nie zauważali). Zbywa wszystko czczą gadaniną, wykrętami. Fakt, to działało, a „debata” o ACTA czy „wstrzymywanie ratyfikacji” już nie wypaliły.
Nie sądzę, żeby Tuskowi udało się odzyskać tracone zaufanie, zwłaszcza w sytuacji, gdy prawdziwe kłopoty dopiero przed nami.

REKLAMA
REKLAMA
Ustaw powiadomienia
Powiadom o
0 komentarzy
Inline Feedbacks
View all comments