Siła przyciągania

0
89
REKLAMA

Kiedy parę miesięcy później Tusk wyciągnął z PiS obietnicami ministerialnych bądź parlamentarnych stołków: Piterę, Sikorskiego, Borusewicza i Mężydłę, kiedy do PO przeniosła się Kluzik Rostkowska i Libicki, i gdy skaperowano Arłukowicza i Rosatiego, to już było tylko przejawem politycznej zręczności.
Podobnie, w tonie wyłącznie pozytywnym, komentowała propaganda buńczuczne zapowiedzi Palikota, że na jednym Gibale skubania PO nie zakończy i że po świętach przejdą do niego kolejni posłowie z tylnych szeregów rządzącej partii. Komentatorzy zaczęli już spekulacje, jak to zmieni sejmową arytmetykę, jakie będą skutki zmniejszenia koalicyjnej przewagi do jednego głosu, zwłaszcza gdy posłanka Pomaska ma iść niebawem na urlop macierzyński, przypomniano kilkanaście razy historię posła i ministra Dyki, którego legendarne zatrzaśnięcie się w ubikacji spowodowało upadek rządu Suchockiej.
Szczerze mówiąc − zawracanie głowy, jak to w mediach III RP. Gdyby Palikot rzeczywiście był z kimś po słowie, nie zdradzałby się do ostatniej chwili, by nie spalić przygotowywanej operacji. Skoro zachowuje się odwrotnie, to znak, że tylko toczy z Tuskiem pojedynek na miny. Daj mi coś, straszy, bo beze mnie zabraknie ci większości. Liczy, że premier uwierzy w pogróżki i faktycznie coś mu odpali, póki jeszcze tę większość ma. Może uwierzy, może nie − z faktami ten blef może mieć coś wspólnego, ale wcale nie musi. Palikot zapowiadał już transfer Kalisza, Arłukowicza i nic. Ale też wie, że w oczach części elektoratu ma swoisty immunitet, trochę tak, jak kiedyś nieboszczyk Lepper: dla nich nie zdoła się nigdy skompromitować, żeby nie wiem co. Po świętach, jeśli się okaże, że nikt z PO do niego nie przechodzi, uda, że nic nie mówił i wymyśli jakieś nowe błazeństwo. A jeśli rzeczywiście ktoś przejdzie, to wtedy dopiero będzie o czym mówić.
Niemniej, skoro pogróżki w ogóle są traktowane poważnie, to samo w sobie jest dowodem, iż transfery się szykują. Może nie akurat dwóch z PO do Palikota, może z SLD albo odwrotnie, albo właśnie do PO − ale precedens posła Gibały pokazał, że rzecz jest do pomyślenia. A jeśli jest, to można być spokojnym, że PO będzie się broniła przed utratą trzech głosów, dających jej większość. Możliwe, że metodą obrony będzie „uderzenie uprzedzające”, czyli że PO sama zacznie wyciągać nosicieli poselskich mandatów z ław opozycji.
Mają przecież chłopcy ten numer już opanowany. Kolejne fikcyjne ministerstwo, kolejny „pełnomocnik” czy to do „korupcji”, czy „wykluczenia społecznego” − jakiż to problem wyrzucić znowu w błoto parę milionów i reaktywować te chwilowo niepotrzebne byty medialne? Albo stworzyć nowe. Minister pełnomocny do spraw zwalczania bezrobocia; pełnomocnik do spraw zadłużonych nieradzących sobie ze spłacaniem kredytów. Oficjalny prawicowy listek figowy na okoliczność pokazania, że PO nie jest tak do końca antyklerykalna albo że lubi przedsiębiorców… Zresztą, mało znanych posłów można kupić znacznie taniej. Mało to niby spółek, rad i zarządów, gdzie może Tusk łaskawie dopuścić w nagrodę za zmianę legitymacji pociotka jakiego lewicowca czy, kto wie, nawet pisowca…

REKLAMA
REKLAMA

Dodaj komentarz

  Ustaw powiadomienia  
Powiadom o