Stopy procentowe wreszcie w dół

0
96
REKLAMA

Nie raz już, także na tych łamach, podchodziłem krytycznie do wszystkiego, co w ostatnich dwóch latach robiła Rada Polityki Pieniężnej. Podwyżka stóp procentowych, której dokonano w maju 2012 roku, była bez sensu, nie było już wtedy bowiem praktycznie nikogo, kto nie zakładałby spadku inflacji czy też hamowania gospodarki. Faktem jest, że inflacja była wtedy powyżej celu inflacyjnego, ale, jak już wspomniałem, nie uważaliśmy tego za zjawisko trwałe. Z rozpoczęciem cyklu obniżek czekano aż do listopada 2012 roku, bo dopiero wtedy inflacja formalnie spadła poniżej górnej granicy celu. Abstrahując od analiz i prognoz, które od miesięcy jednoznacznie wskazywały na spadek inflacji. Dla przypomnienia: cel inflacyjny to inflacja najbardziej pożądana. Ma ona wynosić w Polsce 2,5% rok/rok, z możliwością odchyleń o punkt procentowy w górę i w dół. Czyli jeśli inflacja jest w przedziale miedzy 1,5% rok/rok a 3,5% rok/rok, to jesteśmy tam, gdzie powinniśmy być. Teraz wynosi ona minus 0,3% rok/rok.
Późne rozpoczęcie cyklu obniżek stóp to nie jest jeszcze największy problem. Apogeum nastąpiło w lipcu 2013 roku, kiedy RPP zakończyła obniżanie stóp. Po decyzji przewodniczący Rady, czyli prezes Narodowego Banku Polskiego, powiedział jasno, że więcej obniżek na razie nie będzie. A wszystko to działo się w sytuacji, kiedy RPP znała projekcję inflacji przygotowaną przez analityków NBP. Projekcja to badanie, które pokazuje, jak będzie się zapewne (pewności nigdy nie ma) kształtować inflacja w sytuacji, gdy stopy procentowe nie zostaną zmienione. I z tej projekcji wynikało, że w najbliższych dwóch latach będziemy wyraźnie poniżej 2,5% rok/rok, czyli poniżej celu inflacyjnego. Rada, znając tę projekcję, obniżyła co prawda stopy o 25 punktów bazowych, ale biorąc pod uwagę twardość tez zawartych w projekcji, można to uznać za gaszenie pożaru rafinerii gaśnicą samochodową. Co zresztą potwierdziło się w ciągu następnego roku, zeszliśmy bowiem do obszaru ujemnej inflacji. Znowu na marginesie: to, co obserwujemy obecnie w Polsce, to formalnie nie jest deflacja, bo deflacja to spadek cen, ale długotrwały.
Niższe stopy to tańsze kredyty i niższe oprocentowanie lokat. Z tego ostatniego część z nas zapewne niekoniecznie się cieszy. Jeśli mamy nadwyżki w bankach, to mniej na nich zarabiamy. To prawda, ale patrząc na całą gospodarkę, niższe stopy, przy braku ryzyka niebezpiecznego wzrostu inflacji, są po prostu lepsze. Tańszy pieniądz to większa jego dostępność. Czyli mówiąc wprost: łatwiej nam zaciągać kredyty i pożyczki. Nam, czyli nie tylko konsumentom na samochody, lodówki, miksery czy mieszkania, ale także przedsiębiorcom na inwestycje. A wszystko to nakręca gospodarkę, czyli pomaga nam wszystkim. Oczywiście nie można przesadzić, zbyt duże zadłużenie jest niebezpieczne, ale na razie nam ono z pewnością nie grozi.
Oczywiście nie twierdzę, że gdyby RPP obniżyła stopy rok temu o 50 czy 100 punktów bazowych, to teraz wzrost gospodarczy byłby o punkt procentowy wyższy. Ale że byłby wyższy to jest dla mnie jasne. A wyższy wzrost oznaczałby, że na przykład ktoś, kto dzisiaj nie pracuje, tę pracę by miał. Spadek bezrobocia nie byłby olbrzymi, ale jakiś z pewnością. I nie ma tu krzty populizmu.
Stopy spadły o 50 punktów bazowych, a nie o 25, jak to Rada miała w zwyczaju. I dobrze, że od razu o tyle. W praktyce oznacza to, że gdy ktoś bierze dwudziestoletni kredyt 300 tysięcy złotych, to jego miesięczna płatność spadnie o około 80 złotych. A to już jest odczuwalne. Oczekuję, że RPP zdecyduje się na dalsze działania. Mam nadzieję, że będzie to kolejne 50 pb.

REKLAMA
REKLAMA
Ustaw powiadomienia
Powiadom o
0 komentarzy
Inline Feedbacks
View all comments