Te same dane, różne wnioski

0
25
REKLAMA

Właściwie to należy zadać pytanie, czy jeśli tak jest, to czy jest to cos złego? Jak wiemy, ekonomia nie jest nauką ścisłą, a zatem możemy prowadzić rożne dysputy w kwestii pochodzenia pewnych zjawisk, zachowań konsumentów, przedsiębiorców, inwestorów itd. Prowadzić i dochodzić do różnych wniosków albo różne czynniki podkreślać. Dla jednego istotniejsza będzie jedna kwestia, dla drugiego inna. A gdzie jest prawda? Często trudno jednoznacznie stwierdzić, bo nawet jeśli przyjmiemy jakaś teorię i okaże się, że w przyszłości się nie potwierdzi, to zawsze możemy powiedzieć, że nie oznacza to, że nie działała w przeszłości. Po prostu teraz zmieniły się okoliczności, zaszły jakieś procesy, które spowodowały, że na przykład inaczej podejmujemy decyzje.
Całe to zamieszanie komplikuje analizę rzeczywistości i pozwala na równoległe funkcjonowanie wielu teorii. Ot, choćby obecna ocena sytuacji w Europie. Są tacy, do których należę, którzy uważają, że strefa euro najgorsze ma za sobą. Potrafię przytoczyć argumenty potwierdzające moją tezę, co zresztą już w TEMI robiłem. Są jednak i tacy, którzy twierdzą odwrotnie i też mają na to argumenty. Mogę się z nimi zgadzać lub nie, ale mają prawo do swoich poglądów. Wielu rzeczy nie jesteśmy w stanie przewidzieć, bo są nieprzewidywalne albo bardzo zmienne, jak choćby właśnie decyzje konsumentów. Czy też polityków… Nie mówiąc już o katastrofach naturalnych. Już tylko z tego powodu przestrzeń do różnych sądów jest spora.
Czasem jest jednak tak, że ktoś stawia tezę idąc po najmniejszej linii oporu, albo dlatego, że jest to wygodne lub potwierdza teorię, którą koniecznie chce udowodnić.
Żeby nie być gołosłownym, podam przykład. Ostatnio przyglądałem się sprzedaży nowych samochodów w Polsce w 2011 roku. Oficjalne dane mówią jedno: sprzedaż samochodów spadła, a zatem rynek się skurczył, czyli Polacy nie chcą kupować nowych aut. Dla wielu było to, oczywiście, potwierdzeniem tego, że po naszym kraju hula kryzys i że jest gorzej, niż było w roku 2010. Co prawda PKB mieliśmy wyraźne większe, ale to, zdaniem tych osób, o niczym nie świadczy. Jest źle i koniec, a sprzedaż samochodów tylko to potwierdza.
Rzeczywiście, sprzedaż nowych aut spadła. Pamiętajmy jednak o kilku kwestiach. Po pierwsze, w roku 2010 obserwowaliśmy tzw. efekt kratki – ministerstwo finansów zapowiedziało zniesienie odpisu podatku VAT na wiele modeli samochodów, Polacy ruszyli zatem do punktów dealerskich. Samochody kupowali także ci, którzy ich wcale nie zamierzali kupić albo zamierzali, ale jeszcze nie teraz. Perspektywa odpisania sobie 23% VAT robiła wrażenie. Trudno określić, bo nikt takich badań nie robił, o ile zwiększyło to faktyczny popyt. Patrząc jednak na swoich znajomych, z pewnością efekt był istotny.
Po drugie, na początku 2011 roku mieliśmy kataklizm w Japonii, wiele fabryk przerwało produkcję. To, że problem miały japońskie koncerny motoryzacyjne, jest oczywiste. Ale nie chodzi tylko o opóźnienia produkcji aut w Japonii. Do modeli produkowanych na przykład w Europie, mówię tu o wielu toyotach, czy hondach, wiele części sprowadza się z Kraju Kwitnącej Wiśni. Ale i to nie koniec. Dopiero po trzęsieniu ziemi spora część klientów dowiedziała się, jak wiele podzespołów, szczególnie elektronicznych, do samochodów europejskich kupowanych jest w Japonii. Tu także obserwowaliśmy braki samochodów. Czy te efekty nie wpłynęły na poziom sprzedaży?
Trzeci czynnik to kwestia nowych modeli. 2011 nie był rokiem wysypu tychże, szczególnie w segmentach najbardziej w Polsce popularnych. To także, w sposób oczywisty, ograniczyło sprzedaż.
No i na koniec jeszcze jeden czynnik, mianowicie atmosfera kryzysu. Polacy, co prawda, niewiele sobie zazwyczaj robią z tego, że się ich straszy, ale straszących, jak pamiętamy, było wielu. Okazało się jednak, że przestraszyła się część menedżerów firm motoryzacyjnych i dla bezpieczeństwa nie zamówili na drugą połowę roku tylu samochodów ile mogli sprzedać. Oczywiście nie dotyczy to wszystkich marek, ale część dealerów ten problem miała.
A zatem, czy rok 2011 był rzeczywiście gorszy pod względem sprzedaży, czy nie? No niby był, fakty, czyli twarde dane, są faktami. Ale czy oznaczają one słabość rynku, potwierdzają kryzys, czy są wynikiem nadzwyczajnych okoliczności, a ogólna sytuacja na rynku wcale się nie pogorszyła? Moim zdaniem to drugie. A co Państwo myślicie?

REKLAMA
REKLAMA

Dodaj komentarz

  Ustaw powiadomienia  
Powiadom o