Trudna decyzja

0
44
REKLAMA

Pierwsza kwestia dotyczy opłacalności samego kredytu. Jeśli porównany go do kredytu w złotych, zaciągniętego wtedy, kiedy brany był kredyt z CHF, to okazuje się, że ten ostatni oznaczał znacznie mniejsze płatności. O ile mniejsze to zależy od konkretnego przypadku i daty umów kredytowych. Niższe, wyraźnie niższe, stopy procentowe robiły jednak swoje. W perspektywie ostatnich kilku lat kredytobiorca we frankach miał co najwyżej kilka rat, które były wyższe od rat związanych z porównywalnym kredytem złotowym. Pozostałe były niższe, co oznacza, że z tytuły zaciągnięcia kredytu walutowego czerpał on korzyści. I tak wynika z matematyki, liczby są niepodważalne.
Problemem jest przede wszystkim to, że mechanizm brania kredytów walutowych był często nieprawidłowy. Część klientów nie traktowało ich jako alternatywy dla kredytów złotowych, tylko jako jedyny potencjalny produkt, który jest im dostępny. Nie było kogoś stać na kredyt w złotych, nie „wychodziła” mu zdolność kredytowa w PLN, to brał kredyt w CHF, bo niższa rata to większa zdolność. Dopiero nałożenie przez Komisję Nadzoru Finansowego na banki obowiązku takiego samego podejścia do liczenia zdolności bez względu na walutę zahamowało ten proceder.
A jak powinno było wyglądać postępowanie z kredytem walutowym? Kredytobiorca powinien zorientować się, ile wyniosłyby jego raty przy kredycie w złotych. Jeśli na ten kredyt byłoby go stać, to wtedy dopiero powinien rozważać kredyt np. w CHF. Tu rata była wyraźnie niższa, ale z tyłu głowy powinno się mieć nie niższą wartość z kredytu walutowego, lecz wyższą ze złotowego. To powinien być wyznacznik kosztów. A najlepiej, gdyby różnicę w płatnościach kredytobiorca kierował na lokatę do banku. Wtedy widziałby, ile zaoszczędził dzięki kredytowi walutowemu, a w sytuacji wzrostu raty miałby z czego dokładać.
Jednak nawet przy takim postępowaniu rodzi się problem. A związany jest on z wyceną kredytu. I nie chodzi mi nawet o samą jego wartość w złotych. Króluje tu zresztą pewne przekłamanie. Informuje się bowiem na przykład o tym, że pomimo płacenia kredytu w CHF kredytobiorca i tak ma obecnie do zapłacenia więcej niż w momencie jego zaciągania. Oczywiście wszystko dlatego, że CHF podrożał. Problem w tym, że porównanie dotyczy samego kapitału. Nie bierze się po uwagę ciągu płatności odsetkowych, czyli, w uproszczeniu, odsetek. Gdybyśmy policzyli przy dzisiejszych stopach procentowych, ile mamy do zapłacenia kapitału z odsetkami do końca kredytu, to znowu okaże się, że po przeliczeniu na złote, w przypadku kredytu w CHF kwota jest wyraźnie mniejsza.
Największy problem wiąże się z faktem, że jednocześnie wzrósł kurs CHF i spadły ceny mieszkań. Rozjechały się zatem nożyce tych dwóch wielkości. Stąd w wielu przypadkach banki każą szukać aktywów, żeby zwiększyć zabezpieczenie kredytu, albo każą zawierać dodatkowe umowy ubezpieczenia. Są też oczywiście inne pomysły. I to może być bardzo bolesne dla klientów.
Druga kwestia to sytuacja, w której kredyt chcemy spłacić wcześniej. Tu jednak nie możemy mieć do nikogo pretensji, bo w końcu, skoro braliśmy go na przykład na 25 lat, to w takim okresie trzeba by było rozważać jego opłacalność. Czasem jesteśmy jednak zmuszeni do jego spłaty. Z rożnych powodów. Albo musimy po prostu sprzedać mieszkanie. I wtedy rzeczywiście nasza strata będzie bardzo poważna.
Jak więc widać, kredyty w CHF są pomimo wzrostu kursu franka i tak bardziej opłacalne niż ich złotowe alternatywy. Choć mamy takie sytuacje, w których pojawiają się problemy i dodatkowe koszty z nimi związane. A nawet, gdy mieszkanie sprzedajemy, bardzo poważne straty. Ale czy jest to wystarczający argument, żeby takie kredyty unieważniać albo na przykład nakazać stosowanie w rozliczeniu kursu z dnia podpisania umowy kredytowej? O tym za tydzień.

REKLAMA
REKLAMA
Ustaw powiadomienia
Powiadom o
0 komentarzy
Inline Feedbacks
View all comments