Współpraca z USA szansą dla naszej gospodarki?

0
14

Najpierw musielibyśmy zdefiniować, co rozumiemy pod pojęciem przełomu i gdzie chcemy go zobaczyć. Jak udowodniłem tydzień temu, w kwestii inwestycji zagranicznych w Polsce Amerykanie przodują już dzisiaj. Jeśli zatem przez przełom rozumiemy znaczący wzrost, to trudno liczyć na przełom w tym zakresie. Znacznie gorzej wygląda sytuacja w kwestii wymiany handlowej. Szczególnie w eksporcie przełom by się przydał, ale, z całym szacunkiem dla naszych możliwości, trudno znaleźć potencjalny obszar skokowego wzrostu polskiej sprzedaży do Stanów Zjednoczonych. I to przynajmniej z dwóch powodów.
Po pierwsze, naturalnym podstawowym rynkiem odbioru naszych towarów i usług jest Europa. Nie tylko dlatego, że jest najbliżej, a przede wszystkim dlatego, że jesteśmy w Unii Europejskiej i relacje handlowe, także gospodarcze, najłatwiej nam budować z krajami Unii. Nawet jeśli są gdzieś jakieś ograniczenia, to z pewnością jest ich mniej niż w przypadku prób ekspansji za Ocean Atlantycki. W dodatku Unia Europejska to największy obszar gospodarczy świata, większy niż Stany Zjednoczone. Warto wspomnieć, że od trzech lat Chińczycy sprzedają więcej w UE niż w USA. Czyli potężny rynek zbytu mamy za miedzą. No i wreszcie, nie ma co ukrywać, inwestycje zagraniczne, które się w Polsce lokują, nastawiane są głównie na obsługę aktywności właśnie w Europie. Jeśli Japończycy budują fabrykę w Polsce (kilka dni temu usłyszeliśmy o kolejnej, która będzie ulokowana w Bochni), to nie po to, żeby sprzedawać jej produkty na przykład w Australii. Wiadomo, że silniczki elektryczne (wracam do Bochni) wytwarzane przez koncern Mabuchi znajdą odbiorców właśnie na Starym Kontynencie.
Drugim problemem w relacjach z USA jest oczywiście odległość, choć patrząc na cały Daleki Wschód, to akurat nie musi to być kluczowy problem. Jednak wobec tego, o czym pisałem wcześniej, jakieś znaczenie ma.
No dobrze, czyli nic z tego nie będzie? Będzie. Przynajmniej jest szansa, żeby było. Choćby w obszarze produkcji mebli czy usług informatycznych. Tylko nie wierzę tu w żaden przełom. Ale z pewnością decyzje lub gesty Trumpa mogą ułatwić polskim przedsiębiorstwom działalność w USA.
Nie ma jednak co ukrywać, że Trump przyleciał do Polski głównie po to, jeśli oczywiście mówimy o kwestiach gospodarczych, żeby lobbować na rzecz sprzedaży gazu łupkowego i systemów uzbrojenia. Ale i tu mamy wiele do zyskania. Pytanie, czy swoją szansę wykorzystamy.
Dzisiaj zajmę się króciutko kwestią gazu. Amerykanie stali się potęgą w zakresie produkcji nośników energii, bo dokonali skoku technologicznego. Piszę i mówię o tym od lat i zupełnie nie rozumiem, dlaczego w komentarzach po wizycie Trumpa pojawiają się zdania, że rok temu trudno było przewidzieć statek z amerykańskim gazem w Świnoujściu. Wystarczy od czasu do czasu przeczytać jakikolwiek raport dotyczący rozwoju potencjału eksportu gazu i ropy przez USA oraz opłacalności wydobycia tychże, żeby takich rzeczy nie opowiadać. Pamiętacie Państwo decyzję o ograniczeniu wydobycia przez kraje OPEC podjętą w zeszłym roku i jej wpływ na ceny ropy? Rzeczywiście doszło do wzrostu, ale relatywnie niewielkiego. Podtrzymuję swoją prognozę, że najbliższe lata to 50 USD za baryłkę plus minus 20 USD. No chyba, że spotka nas jakiś totalny kataklizm. Dlaczego tak myślę? Polecam np. raport Schella, jednego z największych koncernów naftowych świata, który kilka miesięcy temu ogłosił, że na jednej trzeciej swoich złóż łupkowych jest w stanie wydobyć ropę za kwotę poniżej 20 USD za baryłkę, czyli naprawdę bardzo tanio. Oto jak wygląda rewolucja w wydaniu amerykańskim. Jeszcze w 2012 roku trudno było zejść poniżej 80 USD.
Tak czy inaczej, z większości konwencjonalnych złóż ropę i gaz można wydobywać znacznie taniej. Czy zatem jesteśmy w stanie kupować gaz w USA taniej niż w Rosji? Biorąc pod uwagę dzisiejsze umowy z Rosją, być może tak. Piszę być może, bowiem ceny zarówno gazu, jak i kosztów skroplenia koniecznego do przewozu czy też samego przewozu, się zmieniają. Nie znam także dokładnej ceny, jaką płacimy Rosjanom. Mówi się, że jest to nieznacznie powyżej 300 USD za 1000 m3. W Stanach gaz kosztuje w tej chwili około 100 USD za 1000 m3, koszty przewozu wraz ze skropleniem to około 200 USD. Problem polega jednak na tym, że Rosjanie są w stanie sprzedawać swój gaz znacznie taniej. I będą jeszcze długo w stanie, bowiem działają na złożach konwencjonalnych, a i koszty przesyłu do Europy będą niższe niż dowóz z USA. Długookresowo taniej zatem z USA nie będzie. Chodzi jednak o to, że nie będziemy skazani na jednego dostawcę. I to jest najważniejsza kwestia w tym wszystkim. No i Rosja nie będzie w stanie na eksporcie surowców energetycznych zarabiać tyle, ile zarabiała jeszcze niedawno.

REKLAMA

Dodaj komentarz

  Ustaw powiadomienia  
Powiadom o