Wzrost cen

0
53

Jeśli chodzi o założenia dotyczące inflacji, to w Polsce chcemy, aby wynosiła ona 2,5% rok/rok, jest to tak zwany cel inflacyjny Narodowego Banku Polskiego. Dopuszczamy przy tym wahania o jeden punkt procentowy. Czyli jeśli zmiany cen zawierają się w przedziale między 1,5% rok/rok, a 3,5% rok/rok, wszystko jest w porządku.
Tymczasem przez ostatnie dwa i pół roku żyliśmy w zupełnie innej rzeczywistości. Dopiero w listopadzie 2016 roku skończył się w Polsce okres ujemnej inflacji. Od sierpnia 2014 roku ceny w naszym kraju spadały. Nie był to wielki spadek, najczęściej o kilka dziesiątych punktu procentowego, ale jednak. I była to sytuacja absolutnie nadzwyczajna, dotychczas nigdy czegoś takiego nie obserwowaliśmy. Deflacja, czyli właśnie ujemna inflacja, wystąpiła po raz pierwszy od momentu zmiany ustrojowej dokonanej prawie trzy dekady temu.
Deflacja to pojęcie ekonomiczne, które oznacza długotrwały spadek cen. Oczywiście można dyskutować, czy w Polsce rzeczywiście mieliśmy do czynienia z deflacją w pełnym rozumieniu tego słowa. Nawet jeśli formalnie obserwowaliśmy spadek cen, to był on bardzo niewielki i właściwie niedostrzegalny przez społeczeństwo. Owszem, widzieliśmy na przykład spadek cen na stacjach benzynowych, przypomnę, że stratowaliśmy z poziomu prawie sześciu złotych za litr 95‑cio oktanowego paliwa, ale z drugiej strony spora część z nas zwracała uwagę na wzrosty cen niektórych artykułów. W ogólnym przekonaniu żadnych istotnych obniżek nie było.
I tym właśnie trzeba tłumaczyć fakt, że nie wystąpiły zjawiska charakterystyczne dla wyraźnej uporczywej deflacji, czyli nie doszło do wyhamowania konsumpcji i inwestycji. Owszem, inwestycje spadły w drugiej połowie 2016 roku, ale przyczyna tego stanu rzeczy była zupełnie inna. Pisałem już na ten temat. Nie stało się zatem to, co jest najbardziej w deflacji niebezpieczne: nie obserwowaliśmy hamowania gospodarki z nią związanego.
Jak działa ten mechanizm? Skoro ceny mają spaść, to powstrzymujemy się od konsumpcji czy też od inwestycji, bo będzie taniej. Mijają miesiące, a my dalej nie konsumujemy i nie inwestujemy, bo przecież ceny wciąż spadają. Lepiej poczekać. No a owo czekanie powoduje, że gospodarka się nie rozwija, spada bowiem konsumpcja i spadają inwestycje. Skoro tak, to presja na wzrost cen spada również. I tak w kółko. Jak już jednak wspomniałem, przeciętny Kowalski nie czuł spadku cen. Jedyne, co się wydarzyło, choć też nie odczuwał tego w jakiś istotny sposób, to to, że miał nieco więcej realnie środków do dyspozycji, czyli, paradoksalnie jeśli już, to prowadziło do wzrostu konsumpcji.
Od listopada zeszłego roku ceny przestały jednak spadać. Mało tego: dość szybko zaczęły rosnąć. O ile w listopadzie inflacja wynosiła 0% rok/rok, o tyle w styczniu osiągnęliśmy już 1,8% rok/rok. Czy mamy się zatem czym przejmować?
Moim zdaniem absolutnie nie. Szybki wzrost inflacji wynika z trzech podstawowych elementów. Po pierwsze z efektu bazy. Pierwsze miesiące 2016 roku to okres prawie jednoprocentowej deflacji, czyli odnosimy się do niskich poziomów sprzed roku. Po drugie, mamy do czynienia z wyraźnym wzrostem cen surowców energetycznych. Tu też baza sprzed roku jest wyjątkowo niska. Na przykład jeśli chodzi o cenę ropy, to doszliśmy w okolice 30 USD za baryłkę, teraz jest prawie dwa razy więcej. Nie ma jednak przesłanek, aby sądzić, że ten trend będzie kontynuowany. O tym pisałem kilka tygodni temu. I po trzecie wreszcie, doszło do wzrostu cen niektórych grup żywności. Ale i tu nie spodziewamy się długotrwałego trendu. Mówiąc innymi słowy: owszem doszło do wzrostu cen, ale największy skok albo mamy już za sobą, albo właśnie w trakcie procesu jesteśmy. Ale nie potrwa on długo i nie doprowadzi do istotnych zmian w stosunku do tego, co obserwujemy teraz.
Sądzę zatem, że wzrost inflacji będziemy jeszcze obserwować, ale nie wyjdzie ona poza górną granicę przedziału określanego przez NBP. Prawdopodobnie zatrzyma się w okolicach celu inflacyjnego. Co z tego wszystkiego wynika dla nas? O tym za tydzień.

Dodaj komentarz

  Ustaw powiadomienia  
Powiadom o