Wzrost inflacji

0
109

W grudniu ceny w Polsce bardzo wyraźnie wzrosły. Czy jest to tylko „wypadek przy pracy”, czy też problem, z którym przyjdzie się zmierzyć w kolejnych kwartałach?

REKLAMA

Inflacja to potoczne określenie rocznego wskaźnika CPI, czyli Consumer Price Index. Pokazuje on zmiany cen koszyka dóbr, z których najczęściej korzysta gospodarstwo domowe. Czyli w uproszczeniu rodzina. Mówiąc jeszcze bardziej bezpośrednio: jak inflacja rośnie to oznacza, że więcej płacimy za różnego rodzaju dobra i usługi, z których korzystamy. A zatem z pewnością nie jest to dobra informacja. Największym problemem nie jest jednak sam wzrost inflacji. Problemem jest to, jak się wobec tego wzrostu zachowamy. Jeśli widzimy wzrost cen i w efekcie zaczynamy więcej kupować, to nasz akt zakupu powoduje, że ceny rosną jeszcze bardziej. Jeden z podstawowych mechanizmów w ekonomii, czyli mechanizm rynkowy, jednoznacznie właśnie na to wskazuje. Jest popyt, czyli nasze „kupowanie” rośnie, to w efekcie rośnie cena równowagi rynkowej. Czyli rośnie inflacja. Jeśli rośnie inflacja, to w końcu naciskamy na pracodawców, żeby podwyższali płace, bo jest drożej. Mamy podwyżki, a zatem znowu więcej wydajemy. Wydajemy, bo będzie drożej. I inflacja znowu rośnie. Nazywamy to zjawisko spiralą inflacyjną. Prowadzi ona do tzw. przegrzania gospodarki. Czyli kryzysu. I właśnie tego boją się banki centralne, które odpowiadają za kontrolę inflacji. W naszym przypadku jest to Narodowy Bank Polski.
Grudniowa inflacja wyraźnie wzrosła. NBP chciałby, aby roczny CPI wynosił 2,5% rok/rok. Z ewentualnymi odchyleniami o punkt procentowy. Czyli przedział od 1,5% rok/rok do 3,5% rok/rok to obszar pożądanej inflacji. W ostatnich latach, jeśli wybijaliśmy się z tego poziomu, to dołem. Pamiętamy nawet okres, kiedy była ona ujemna. W listopadzie 2019 roku odnotowano 2,6% rok/rok. A zatem z inflacją nie było problemu. W grudniu ceny wzrosły jednak do poziomu 3,4% rok/rok. To najwyższy poziom od października 2012 roku. Nie są to jeszcze precyzyjne dane, ale pierwsze przybliżenie, które jednak dotychczas niewiele różniło się od danych ostatecznych. Oczekiwania rynku były znacznie niższe. Czy jednak rzeczywiście można być zaskoczonym tymi danymi? Spodziewaliśmy się przecież wyjątkowo drogich świąt, mieliśmy przesłanki ku temu, pisałem o tym, a przecież grudniowa inflacja zawiera w sobie także ten efekt.
Święta to w dużej mierze żywność. Wszystko wskazuje jednak na to, jak wspomniałem nie mamy jeszcze szczegółowych danych, że grudniowy wzrost był spowodowany nie tyle, albo nie tylko, wzrostem cen żywności, ten obserwujemy od miesięcy, ale także czynnikami, o których pisałem już wielokrotnie. Czyli generalnie wzrostem kosztów. Rosnące wynagrodzenia, czy drożejący prąd w końcu muszą znaleźć ujście w postaci podnoszenia cen. Nie da się, przynajmniej moim zdaniem, w polskich warunkach w krótkim czasie na tyle podnieść wydajność, żeby ten efekt zniwelować. Tym bardziej, że do podniesienia wydajności konieczny jest wzrost inwestycji. Obserwowaliśmy, co prawda, poprawę pod tym względem w roku 2019, ale jednak relatywnie za małą. Szczególnie w kontekście załamania z roku 2016 i części roku 2017. To skąd ma się brać wzrost wydajności? Trzeba także pamiętać o tym, że nie wszędzie jest on w ogóle możliwy. Jak ma na przykład wyglądać w zakładzie fryzjerskim? Albo w restauracji, która już dysponuje relatywnie nowoczesnym sprzętem? Stąd moim zdaniem wzrost cen będziemy widzieć przede wszystkim w usługach. Zresztą już widzimy, wystarczy popatrzeć na zmiany w tym obszarze w ostatnich kwartałach.
Podstawowe pytanie, które trzeba zadać, to czy wzrost inflacji jest trwały? Narodowy Bank Polski ustami swojego prezesa oznajmił, że raczej nie. Problem w tym, że to tylko jedna z prognoz. A jeśli jednak będzie inaczej? Jeśli wyraźnie rosnące koszty pracy i energii i parę innych czynników przełożą się na dalszy wzrost cen? Podwyższanie stóp procentowych w tym przypadku trochę przypomina leczenie dżumy cholerą. Wzrost inflacji wynika bowiem głównie ze wzrostu kosztów, suszy, rosnących cen certyfikatów CO2, a nie z tego, że Polacy rzucili się do sklepów. Ale NBP innych realnych narzędzi nie ma. Historycznie Rada Polityki Pieniężnej już nie raz podwyższała stopy przy wzroście inflacji, choć ten wzrost nie był powodowany rosnącą konsumpcją. Jak będzie tym razem? W dodatku wiele banków komercyjnych zapowiedziało obniżenie i tak już niskiego oprocentowania lokat. Czy nie zniechęci to nas do utrzymywania środków w bankach? A czy nie zachęci do dalszego kupowania? Z drugiej strony, jeśli RPP zdecyduje się na podwyżkę stóp, to będzie to robiła w czasach hamowania gospodarki. Co jeszcze bardziej będzie ją dołować.
Moim zdaniem inflacja w najbliższych miesiącach przekroczy 4% rok/rok. Biorąc pod uwagę wypowiedzi członków RPP do kwietnia raczej żadnych ruchów ze stopami nie będzie. Zwycięży nadzieja, że to wzrost przejściowy. Ale jeśli dane za marzec i kwiecień nie potwierdzą jej hamowania, to chyba nie będzie wyjścia i stopy trzeba będzie podnieść. Tak czy inaczej, po kilku latach spokoju w 2020 roku RPP będzie miała znacznie więcej wyzwań.

Dodaj komentarz

  Ustaw powiadomienia  
Powiadom o