Z gospodarską wizytą

0
102
REKLAMA

A jeszcze dla najprostszego nawet widza oczywistym było, że meldowana „gotowość” jest zwykłym picem. Jak można „meldować” ukończenie autostrad, kiedy każdy wie, że one nie tylko nie są ukończone, ale nawet „przejezdne” (cokolwiek by to wprowadzone do prawa na chybcika pojęcie miało znaczyć)? Jak można poważnie traktować meldunki minister Muchy, kiedy na sąsiedniej kolumnie gazety czyta człowiek, że w podległym jej narodowym centrum sportu panuje kompletny chaos, nadal kieruje nim były szef, niby to odwołany po głośnej aferze, a na odpowiedzialnych stanowiskach są wakaty, bo ministerstwo nie umie od wielu miesięcy rozpisać konkursu? (Zajmujący się sprawą dziennikarze mówią zresztą, że prawdziwa przyczyna jest inna: nikt nie chce kandydować, aby nie odpowiadać potem za spodziewaną klapę).
Pobawiwszy się w Putina, dyscyplinującego ministrów i odbierającego od nich przed kamerami meldunki, postanowił się premier dla odmiany pobawić w Gierka i zaczął „gospodarskim okiem” „własnoręcznie doglądać” stanu przygotowania obiektów na Euro, bo, jak wyjaśnił dziennikarzom, „pańskie oko konia tuczy”. Zaczął od Poznania, ale ponieważ „ukończona” autostrada jest wciąż nieprzejezdna, wybrał się tam helikopterem, co wywołało wśród rodaków ubaw po pachy. Aby zatrzeć złe wrażenie, w następną podróż, do Wrocławia, wybrał się już premier pociągiem, bratając się w przedziałach z przypadkowymi pasażerami, co uwieczniły, zupełnie przypadkowo jadące tym samym czyściutkim i jak nigdy punktualnym ekspresem, liczne ekipy telewizyjne. Tak się to premierowi spodobało, że, wróciwszy do Warszawy, własnoręcznie przejechał się świeżo otwartą po wielu miesiącach biurokratycznych boleści (wydanie zezwolenia na przejazd tunelem i skoordynowanie komunikacji na dwóch krzyżujących się liniach to dla rządzącej Warszawą ekipy pani Gronkiewicz Waltz nie lada kwadratura) Szybką Koleją Miejską, łączącą lotnisko Okęcie z centrum.
I tak dalej…
O co tu chodzi? − zastanawiają się komentatorzy i spece od piaru. Czy premier nie ma świadomości, że naraża się na śmieszność? Czy świadomie nawiązuje do Gierka, używając otwarcie jego określenia „gospodarskie wizyty”? Czy to jakaś arcysprytna strategia, czy wynik chaosu i braku pomysłów w sławnych piarowskich sztabach PO?
Niektórzy twierdzą, że premier liczy na coś, co można by było nazwać „efektem koko‑spoko”. To znaczy, że elity go wyśmieją, ale „masom”, wciąż dobrze wspominającym gierkowskie czasy, się to spodoba. Tak przecież raz już było, kiedy przed wyborami Tusk zaczął objeżdżać kraj, zaglądając z obietnicami nawet do małych miejscowości.
Inni znowu, że premier rozpaczliwie stara się zaradzić zagrożeniu ujawnionemu przez niedawny sondaż, zgodnie z którym ponad połowa Polaków w ogóle nie interesuje się nadchodzącymi mistrzostwami piłkarskimi. A cała strategia rządu opiera się na założeniu, że te mistrzostwa „przykryją” wszystko i od wszystkiego odwrócą uwagę.
Jeszcze inni wreszcie, że nagła aktywność szefa rządu to kolejna „wrzutka”, która ma odwrócić uwagę społeczeństwa od wyroku na Sawicką − wyroku, było nie było, całkowicie kompromitującego wieloletnią propagandę partii rządzącej i jej mediów.
A mnie tam ganc. Ja wierzę, że cokolwiek Tusk chce w ten sposób osiągnąć, nie uda mu się.

REKLAMA
REKLAMA

Dodaj komentarz

  Ustaw powiadomienia  
Powiadom o