Z partii-matki do partii-córki

0
67
REKLAMA

Los reform − dramatyzują komentatorzy prorządowych mediów − „zawisł” na tych kilku zaledwie głosach! Jeśli premier nadal będzie tak usilnie się starał dla naszego dobra, ta skromna większość gotowa się wykruszyć, a nie może, bo przecież wiadomo, kto wygra wybory, jeśli PO je przegra…
Proszę, proszę. Jeszcze dopiero co przyszłość partii wydawała się pewna i świetlana, a wystarczyło odejście posła Gibały z partii−matki do partii‑córki… „Jedną malutką duszą tak wiele ubyło”, by rzecz ująć słowami poety.
Zostawmy na boku „reformy” − każdy wie, że do nich Tuskowi nieśpieszno. Tak naprawdę w stan podniecenia wprawił komentatorów nie tyle ubytek, co precedens. Czy poseł Gibała nie jest aby początkiem fali? Czy znani, a z różnych względów pozbawieni na dworze Tuska możliwości realizowania swych ambicji platformersi nie zaczną jego śladem wędrować do innych ugrupowań?
Przypomnijmy, że potęga PO także zaczęła się od transferów. Pitera, Sikorski, Mężydło, Borusewicz − uciekłszy zbiorowo z rządzącego jeszcze wtedy PiS wprost na wyborcze bilbordy opozycyjnej PO, przechylili szalę na rzecz tej drugiej. Były minister, z renomą poważanego w świecie oksfordczyka, była szefowa Transparency International, wylansowana na pogromczynię korupcji, oraz byli opozycjoniści o wspaniałych życiorysach przekonali wyborców rozczarowanych tym, że nie powstał PO‑PiS i że dopuszczono do rządowych gabinetów Leppera, iż wszystko to wina Kaczyńskiego. Że bez Kaczyńskiego możliwa będzie reforma państwa, oczekiwana pod hasłem „IV Rzeczpospolitej”. Był to, oczywiście, kant, PO nic nie zamierzała reformować, przeciwnie, stała się partią zajadle broniącą wszystkich patologii „Rywinlandu”, ale to się okazało później, a transfery zrobiły swoje.
Jeszcze niedługo przed przygarnięciem uciekinierów z PiS Donald Tusk głośno potępiał „korupcję polityczną” i brzydził się nią. Jeszcze kilka miesięcy temu Janusz Palikot nie przebierał w słowach, krytykując PO za podkupienie Arłukowicza i Kluzik − Rostkowskiej, a ich samych nazywał wręcz prostytutkami. Takie są obyczaje naszej sceny politycznej i o nie może mniejsza − nikt nie spodziewał się po Tusku czy Palikocie uczciwości. Gorzej, że obyczaj przechodzenia posłów z partii do partii, niespotykający się z należytą karą ze strony wyborców, upodabnia III RP do Putinowskiej Rosji: kto ma rządzić, decyduje się pomiędzy wyborami, a głosowanie jest tylko „przyklepaniem” przez wyborców tego, co elita władzy ustaliła między sobą.
Zanim jeszcze poseł Gibała przeszedł z PO do Palikota, dziewięciu dotychczasowych palikociarzy zapowiedziało przejście do SLD. Za nimi − to zapowiedź najnowsza − mają iść następni, a i z PO szykuje się, w razie poważniejszego kryzysu władzy, spory ruch. I ci, którzy w nim uczestniczą, chyba okażą się bardziej cwani niż Gibała.
Palikot, jak niegdyś Lepper, pozostaje w gruncie rzeczy grasującym po scenie politycznej watażką, a nie szefem poważnej partii, co więcej − jest tak samo jak Lepper raczej objawem irytacji wyborców na cała „klasę polityczną” niż wyborem sam w sobie. A SLD pod rządami Millera to poważny kandydat do władzy w tej czy innej koalicji, kiedy posypią się oparte już tylko na zakłamaniu i propagandzie sukcesu rządy Tuska. A posypią się jak nic. Można już przyjmować zakłady − przed Euro czy po.

REKLAMA
REKLAMA

Dodaj komentarz

  Ustaw powiadomienia  
Powiadom o