Zmiana limitu zadłużenia – cd

0
21

Tydzień temu podjąłem temat ewentualnej zmiany limitu zadłużania się naszego kraju. Zrobiłem to ze względu na słowa wypowiedziane przez kilku ekonomistów związanych z obecnie rządzącymi. Mam wrażenie, że w ten sposób chcą oni sondować reakcje rynku na tego typu pomysły.
W zeszłym tygodniu przedstawiłem Państwu podstawowe kwestie oceny wiarygodności krajów. A dokładnie wskaźnik dług/PKB i zasady z nim związane, które obowiązują w Unii Europejskiej. Ale napisałem też, że te zasady nie wynikają z jakiejś obiektywnej teorii, która wyraźnie wskazuje maksymalny bezpieczny poziom zadłużenia. I skończyłem na tym, że z pewnością jesteśmy w stanie pokazać takie kierunki wydawania dodatkowo pożyczonych pieniędzy, które faktycznie budowałyby potencjał rozwojowy naszego kraju. A co za tym idzie także jego zdolność do obsługi zadłużenia. No właśnie, czy zatem myślenie o zmianie limitu 60% w stosunku do PKB zapisanego w naszej Konstytucji jest zasadne? 
Niestety, sprawa nie jest taka prosta. Porównywanie się do krajów typu Stany Zjednoczone nie ma sensu, potencjał USA jest wciąż nieporównywalny z nami. I wiara w ten potencjał, bo to nie jest to samo, również. To jest w zasadzie podstawowa kwestia w analizowaniu problemu zadłużania się krajów. Dokąd się możemy zadłużać? Dotąd, dokąd ktoś chce nam pożyczać pieniądze. Problem w tym, że nie wiemy dokładnie, jaki jest ten poziom. A sam moment zatrzymania finansowania może być dość gwałtowny, o czym przekonała się dobitnie Grecja. Jeśli nawet uznalibyśmy, że ktoś pożyczy Polsce pieniądze nawet wtedy, gdyby jej dług do PKB wynosił 80%, to pytanie, co by się stało, gdyby nagle świat czy Europę nawiedził kryzys, który doprowadziłby do gwałtownego wzrostu tego wskaźnika. Tak jak w Grecji. Skąd wtedy wzięlibyśmy pieniądze? Argument o tym, że np. Węgry albo Chorwacja mają wyższy poziom długu/PKB, odpowiednio 70% i 75%, i nic się nie dzieje, nie musi zadziałać także w przypadku Polski, i takich nadzwyczajnych okoliczności.

REKLAMA

Porównywanie się natomiast do Włoch czy Hiszpanii, oba kraje w sposób zasadniczy przekraczają poziom 60% długu/PKB, jest to bowiem odpowiednio 135% i 97%, o tyle nie ma sensu, że po pierwsze wciąż są to większe i bogatsze gospodarki, a po drugie są one w strefie euro. A zatem stoją za nimi choćby Niemcy, co w ogóle zmienia kwestię podejścia do ryzyka.
Kolejna kwestia to sam moment podjęcia dyskusji o zmianie limitu zadłużenia. Nigdzie nie jest powiedziane, o czym wspomniałem, że maksymalny poziom zadłużenia nie może być wyższy niż 60%. Ale jeśli dyskusję o zmianie zaczynamy, kiedy zderzamy się z widmem realnego przekroczenia tego poziomu, a to nam grozi w roku 2020, to wiadomo, że robimy to po to, żeby móc ten poziom przekroczyć. A potem to już jest tylko dobudowywanie teorii do tego, co się wydarzyło.

Po trzecie, jaką mamy gwarancję, że dodatkowo pożyczone środki pójdą rzeczywiście na inwestycje? Na coś, co faktycznie będzie budowało nasz potencjał w przyszłości? Co to w ogóle oznacza „na inwestycje”? Pamiętacie Państwo hasło stworzone przez premier Szydło, że „500+ to nie koszt tylko inwestycja”. Nie chcę dyskutować o zasadności programu 500+, ale faktem jest, że politycy mają tendencje do rozumienia rzeczywistości w taki sposób, żeby wszystko im pasowało. Nie wiemy zatem, czy za kilka lat słowo „inwestycje” przynajmniej np. w rozumieniu ustawy o finansach publicznych, nie będzie oznaczało zupełnie czegoś innego niż dzisiaj potrafimy sobie wyobrazić. Wszak inwestycje to mogą być wydatki na szkolnictwo, bo inwestujemy w przyszłe pokolenia, na profilaktykę zdrowotną i na parę jeszcze innych rzeczy. Choćby na program 500+. Bo rzeczywiście można go odbierać także jako inwestycję. Przynajmniej w części.
Po czwarte, jest ewidentnie tak, jak już pisałem kilka razy. Przyszedł okres dekoniunktury i się okazuje, że nie jesteśmy w stanie finansować wszystkich pomysłów, które się w ostatnich pięciu latach pojawiły. Trzeba zatem albo coś ściąć, to raczej politycznie na razie niewykonalne, albo podnieść podatki lub parapodatki, to także politycznie niełatwe, albo… no właśnie, albo się dodatkowo zadłużyć. Oczywiście, nikt nie przewidział koronawirusa i jego konsekwencji. Ale gdybyśmy nie wydawali tyle w ostatnich latach, nasza rezerwa byłaby teraz większa.

No i na koniec jeszcze dwie kwestie. W zasadzie chyba fundamentalne. Jedna dotyczy samej zmiany Konstytucji i tego, czy jest to w tej chwili realne. W końcu rządzący większości konstytucyjnej nie mają. A druga to fakt, że jesteśmy w Unii Europejskiej. A będąc w niej obowiązuje nas 60% maksymalnej wartości długu do PKB. Najpierw zatem trzeba by było rozmawiać na temat zmiany tego poziomu w UE, a potem dopiero zabierać się za nasze wewnętrzne przepisy. Choć faktem jest, że konsekwencje przekroczenia 60% wynikające z polskich przepisów są poważniejsze. Bo oznaczają złamanie Konstytucji. W przypadku przepisów unijnych musielibyśmy napisać plan ograniczania zadłużenia, ten plan musiałby zostać przez władze UE przyjęty i jego realizacja załatwiłaby sprawę. A i tu można by było coś jeszcze pokombinować. Ostatecznie mamy przecież parę przykładów, jak choćby wspomniane przeze mnie Węgry, w tej kwestii.

REKLAMA

Dodaj komentarz

  Ustaw powiadomienia  
Powiadom o