Zmiany przepisów wciąż zaskakują

0
116

Jeśli ktoś myślał, że po wyborach coś się zmieni w kwestii przewidywalności tego, co zrobi rząd, to chyba niestety był w błędzie. Wciąż zmiany dokonują się z dnia na dzień. A brak stabilności nikomu nie służy. Szczególnie nie służy przedsiębiorcom. Wielokrotnie pisałem o załamaniu w inwestycjach przedsiębiorstw, do którego doszło w 2016 roku i w pierwszej połowie roku 2017. Tak naprawdę do dzisiaj nie otrząsnęliśmy się z tego. Owszem, od drugiej połowy 2017 inwestycje są już na plusie, w niektórych kwartałach nawet dość mocno, ale wciąż nie nadrobiliśmy strat. Kiedy PiS obejmował rządy, w 2015 roku, wartość całych inwestycji w stosunku do PKB wynosiła ponad 20%. Potem poziom ten spadł do 18%. W roku 2019 wzrósł, nie mamy jednak jeszcze szczegółowych danych. Wciąż na nie czekamy. Wygląda na to, że co najwyżej nieznacznie przekroczyliśmy 19%. Co jednak jeszcze istotniejsze – prawdopodobnie w czwartym kwartale dynamika inwestycji spadła. I to np. pomimo relatywnie dobrych warunków pogodowych, co w niektórych branżach ma znaczenie. Dlaczego inwestycje są tak ważne? Bo bez nich taki kraj jak Polska, wciąż jednak nienależący do grupy najbogatszych, nie będzie w stanie utrzymać relatywnie szybkiego wzrostu gospodarczego. Inwestycje to nie tylko wydawanie pieniędzy tu i teraz. To tworzenie potencjału wzrostu na przyszłość. To tworzenie nowych miejsc pracy. Ale to także zapewnienie wyższego technicznego uzbrojenia pracy, czyli wzrost wydajności. A tylko przez wzrost wydajności możemy realnie zwiększać wynagrodzenia bez poważnego wzrostu cen. A zatem to jest klucz do przyszłego bogactwa obywateli.

Inwestycje są pietą Achillesową tych rządów. Początek to zapowiedź, że poziom inwestycji do PKB musi wzrosnąć do przynajmniej 25% PKB. A zatem musi być wyraźnie wyższy, niż notowały poprzednie rządy. Założenie jak najbardziej słuszne. W końcu nasi południowi sąsiedzi utrzymują mniej więcej taki poziom, a taka Korea Południowa od lat nie schodzi poniżej 27%. Problem w tym, że mija pięć lat i jest dokładnie odwrotnie. No cóż, niestety chęci nie wystarczą. Co się zatem stało?

Przedsiębiorcy jako głównych winowajców wskazują dwie kwestie: brak ludzi do pracy i niestabilność otoczenia gospodarczego. W wielu badaniach właśnie ten drugi element jest wskazywany jako szczególnie uciążliwy. Też wielokrotnie zwracałem na to uwagę. Jak inwestować, skoro w biznesplanie nie jesteśmy w stanie założyć wielu czynników? I nie chodzi mi tutaj na przykład o cenę ropy. To czynnik, który dotyczy wszystkich. Mam na myśli takie kwestie, które związane są z decyzjami naszych władz. Jeśli jesteś eksporterem i ktoś doprowadzi do podniesienia twoich kosztów w twoim kraju, to twojej konkurencji z Niemiec czy Francji te zmiany nie dotyczą. Jeśli zmiany są na plus, na przykład oznaczają obniżenie podatków, to oczywiście nic złego się nie dzieje. Ale jeśli na przykład ma wyraźnie podrożeć woda i jesteśmy tym pomysłem zaskoczeni, to już znacznie gorzej.

Miałem nadzieję, że nowy rząd to będzie nowe otwarcie pod tym względem. Ale niestety mamy już przykład, który każe wątpić, że dojdzie do poprawy. Mam na myśli kwestię dopłat do samochodów elektrycznych.

Z elektromobilnością sytuacja na świecie wygląda tak, że samochody elektryczne realnie sprzedają się tylko tam, gdzie się do nich dopłaca, albo stosuje się wysokie ulgi. Na przykład zwolnienie z podatku VAT. Już na początku mocno promowanego programu elektromobilności pisałem, że bez dopłat nic nie zdziałamy. Wydawało się zatem, że po czterech latach mówienia wreszcie coś drgnie. I rzeczywiście, przez kilka miesięcy obserwowaliśmy dyskusję, po czym rząd przyjął rozporządzenie, że dopłaty wyniosą 30% wartości samochodu, ale jego cena nie może przekraczać 125 tysięcy złotych, a sama wartość dopłat może maksymalnie wynieść 37,5 tysiąca złotych. Wydawało się zatem, że wszystko jest ustalone.

Trudno mówić o rewolucji i o nagłym wzrośnie sprzedaży, skoro limit cenowy oznaczał raptem ofertę kilku modeli „na krzyż”. Ale mimo wszystko była szansa na odczuwalny wzrost.

Jednak nie. Znowu wygrało dziwne dążenie do tego, żeby zaskakiwać. Nagle z dnia na dzień, albo właściwie z godziny na godzinę, pod koniec stycznia, okazało się, że nie 37,5 tysiąca PLN, ale co najwyżej połowę tej kwoty. W chwili, gdy piszę ten tekst nie jest to jeszcze ustalone. Mało tego: program się przesuwa w czasie i wciąż nie wiemy, co będzie z dopłatami dla przedsiębiorców. Oficjalnie powodem zmiany jest chęć zwiększenia liczby potencjalnych beneficjentów. Można dyskutować z tą tezą, nie ma bowiem żadnej gwarancji, że ten kto kupiłby „elektryka” z większą dopłatą, kupi go także z mniejszą. Pewnie po prostu będzie tak, że sprzedaż będzie relatywnie niższa, a środków w związku z tym wystarczy na dłużej. Ale dlaczego dopiero teraz ktoś doszedł do takiego wniosku? Dlaczego kilka miesięcy wmawiano nam coś innego?

Te dopłaty to nie jest najważniejsza rzecz w naszym kraju. Chodzi jednak o to, że po raz kolejny wprowadza się nas w błąd. Czy naprawdę uda się zwiększyć inwestycje, czy uda się namówić przedsiębiorców do wydawania większych swoich i pożyczonych środków, jeśli wciąż nie wiedzą oni, co ich może spotkać?

Dodaj komentarz

  Ustaw powiadomienia  
Powiadom o