Pułkownik Zdzisław Baszak: – Nie czułem strachu…

0
96
Pułkownik Zdzisław Baszak - Armia Krajowa
Pułkownik Zdzisław Baszak wspomina | Fot. Tadeusz Koniarz

– Pamiętam popłoch, jaki budziły wśród ludzi wieści o wojnie, mężczyźni dostawali powołania do wojska, bez względu na to, gdzie byli i co robili. Nie zdawałem sobie sprawy z tego, co to znaczy, nie interesowałem się polityką, nie czułem także strachu, bo jeszcze wtedy nie wiedziałem, co wojna może przynieść – wspomina Zdzisław Baszak, ostatni żyjący uczestnik bitwy pod Pszczyną, jaka rozegrała się 2 września 1939 roku, był żołnierzem Armii Krajowej.

Po ukończeniu II Gimnazjum w Tarnowie i zdaniu matury wstąpiłem do wojska, miałem zaledwie 18 lat. Po ukończeniu kursów chciałem jechać do Krakowa na studia, ale kiedy wyszedłem do cywila, okazało się, że wkrótce wybuchnie wojna. Przydzielono mnie do 16. Pułku Piechoty w Tarnowie, będącego częścią 6. Dywizji Piechoty w Krakowie, byłem dowódcą plutonu karabinów maszynowych. Dostałem broń, mundur i resztę wyposażenia, nawet medalik śmierci, i wyruszyłem pod Pszczynę, gdzie jak przewidywali dowódcy odbędzie się bitwa z Niemcami – wspomina stuletni dziś Zbigniew Baszak, ostatni żyjący uczestnik tamtych wydarzeń.

Piechota przeciwko czołgom
W tysiąc chłopa, razem z ekwipunkiem, działami, końmi, z Tarnowa do Krakowa jechali pociągiem w towarowych wagonach. Dalej, pod Pszczynę ruszyli pieszo. – Mimo że wojsko miało pierwszeństwo na drogach, to i tak marsz odbywał się bardzo wolno. Wszędzie pełno było uciekających cywilów, wozów załadowanych domowymi sprzętami i drobnymi zwierzętami, szliśmy dwa dni. Upał był niemiłosierny, my w pełnym ekwipunku, głodni i spragnieni. Kiedy dotarliśmy na miejsce, na pola pod Ćwiklicami, natychmiast otrzymaliśmy rozkaz zajęcia stanowisk bojowych. Okopy wykonane były po amatorsku, były tak wąskie, że niektórzy z nas się w nich nie mieścili, nie było miejsca na cekaemy. Co kto mógł, to poprawiał, aby przyjąć wygodną pozycję, chociaż czasu dużo nie było.
Jako dowódca plutonu pułkownik Baszak miał pod sobą blisko 30 żołnierzy obsługujących trzy cekaemy, on i jego podkomendni zajęli stanowiska przed główną linią obrony. – Nasze pozycje znajdowały się na pewnym wzniesieniu, w polu widzenia znajdowały się kolejne pagórki. Nie mogliśmy obserwować niemieckich czołgów, które poruszały się po znajdującej się między nimi niecce, dopiero jak zauważyliśmy wieżyczki strzelnicze, to uwierzyliśmy, że faktycznie będziemy walczyć, zaczęliśmy strzelać. Rozlokowanie mojego plutonu powodowało, że byliśmy narażeni na ogień z dwóch stron – od swoich i od Niemców. Stanowiska maszynowych karabinów dość szybko zostały zniszczone, większość moich żołnierzy zginęła, ja sam uratowałem się cudem, a paradoksalnie pomogły mi zbyt wąskie okopy. Wskoczyłem do jednego z nich i dla wrogów byłem niewidoczny. Po zniszczeniu gniazd cekaemów niemieccy czołgiści przypuścili atak na nasze nieliczne działa, te po niedługiej chwili zamilkły. I wtedy do walki wyszła piechota, żołnierze uzbrojeni jedynie w ręczne karabiny stanęli naprzeciwko czołgowych luf. To była masakra, zginęło wielu Polaków, kilkuset zostało rannych, kto mógł rzucił się do ucieczki – opowiada Zdzisław Baszak.

Ucieczka przed niewolą
W czasie walki młody żołnierz oddzielony został od reszty swoich kompanów, aby się z nimi połączyć musiał obejść pole bitwy. – Kiedy czołgi przejechały, zerwałem się z rowu i zacząłem biec, moją ucieczkę zauważył jednak jeden z Niemców, poczułem, jak pod wpływem wystrzału kamienie zerwały się spod moich nóg. Udając zabitego rzuciłem się do rowu, przeczołgałem się kilkadziesiąt metrów, pod znajdujący się tam parkan, przeciwnik musiał to jednak widzieć, bo po kilku sekundach po parkanie przeszła seria wystrzałów, strzały znowu mnie nie dosięgły. Udało mi się wbiec między budynki, potem doczołgałem się pod studnię, z której pojono zwierzęta, ukryłem się w korycie na wodę. Czułem, że to był dla mnie ostatni moment, byłem niewyobrażalnie zmęczony, a płuca palił mi żywy ogień. Ze swoimi połączyłem się dopiero po kilku godzinach.
Od tego czasu niedobitkowie z 16. pułku rozpoczęli marszrutę, która prowadziła donikąd. Szli najpierw do Skawiny, stamtąd do Krakowa, przez Puszczę Niepołomicką doszli do Szczurowej. Po drodze brali udział w kilku mniejszych i większych potyczkach z Niemcami. Mijali piękne tereny, gęste lasy, ale kiedy dowiedzieli się, że idą do niewoli, w grupach i w pojedynkę, zaczęli uciekać. – O tym, że dowódcy zdecydowali o poddaniu 6. Dywizji Piechoty w Krakowie dowiedzieliśmy się dopiero następnego dnia. Wielu kolegów się zbuntowało, wielu uciekało, ja zrobiłem to także, postanowiłem wrócić w rodzinne strony. Pomogło mi w tym to, że stałem się szczęśliwym posiadaczem roweru, to był angielski adlon, bardzo nowoczesny jak na tamte czasy, kupiłem go za pieniądze, które zabrałem jednemu Niemcowi. Pewnego dnia, kiedy jechałem nim cichutko po żwirowej drodze zauważyłem widok, jakiego nie zapomnę. Niedaleko jakiegoś domu, obok studni z żurawiem stało stado jeleni, które piły wodę. Była taka cisza, słońce przyjemnie grzało, ogarnął mnie błogi spokój, nie mogłem uwierzyć, że trwa wojna. Po drodze dostałem się do domu Żyda, który podarował mi ubranie – to była kurtka w każdym miejscu pozszywana kilka razy, do kompletu były portki do pół łydki. W takim umundurowaniu po kilku dniach dostałem się w rejon Dąbrowy Tarnowskiej. Byłem tak niepodobny do siebie, że nie poznał mnie nawet własny ojciec, zresztą on też bardzo się zmienił. Minąłem rowerem furmankę, na której siedział mężczyzna bardzo go przypominający, po chwili jednak zawróciłem, spojrzeliśmy sobie w oczy i rzuciliśmy się sobie w ramiona – mówi pułkownik Baszak.

Jak dać Niemcom w kość
Niecały miesiąc później Zdzisław Baszak został zwerbowany do Służby Zwycięstwu Polsce.
– Zostałem członkiem Armii Krajowej, uznałem, że skoro nie mogę służyć na polu walki, będę walczyć z Niemcami innymi sposobami. Mnie samemu udało się zwerbować ponad 200 osób i cały czas zastanawiałem się, jak dać wrogom w kość. Bardzo szybko awansowałem, zostałem komendantem obwodu Dąbrowa Tarnowska, organizowałem konspirację na terenie trzech powiatów – Tarnowa, Dąbrowy Tarnowskiej i Brzeska. Pomagałem ojcu w zbożowym magazynie, więc nadarzała się znakomita okazja, aby dokuczyć Niemcom. Mieszaliśmy rozgrzaną pszenicę z piaskiem i oddawaliśmy do młynów, skąd okupanci brali mąkę. Tak było do maja 1940 roku, kiedy przyszli aresztować mojego brata, ja oczywiście przez cały czas byłem na liście poszukiwanych, więc kiedy nas zaskoczyli, od razu założyli mi kajdanki. Wrzucili mnie do samochodu i wrócili do domu, gdzie przeprowadzali rewizję, wtedy zauważyłem, że kajdanki na jednej ręce nie były zamknięte. Zacząłem szarpać się z drzwiami od samochodu i udało mi się z niego wysiąść. Kompletnie zdezorientowany Niemiec strzelił do mnie, ale trafił w buta. Uciekłem, do domu już nigdy nie wróciłem – wspomina pułkownik.

Nie jestem bohaterem
Ukrywał się do 1944 roku. Do końca wojny wraz z konspiracyjną AK przeprowadził wiele udanych akcji dywersyjnych wymierzonych w Niemców, najgłośniejszą z nich była bez wątpienia operacja III Most w Wał Rudzie, która miała miejsce w lipcu 1944 roku.
– Kiedy wojna dobiegła końca, miałem zaledwie 24 lata, zostałem studentem Akademii Handlowej w Krakowie. Nie było mi jednak dane, aby się uczyć, zostałem aresztowany przez Służbę Bezpieczeństwa za działalność przeciwko Polsce Ludowej. Przesiedziałem w więzieniu cztery lata, a po odzyskaniu wolności, jako wróg narodu służący w Armii Krajowej długo nie mogłem znaleźć żadnego zatrudnienia. Po licznych staraniach, krętymi drogami, dostałem pracę jako magazynier w tuczarni świń. Dopiero wiele lat po wojnie szczęście się do mnie uśmiechnęło. Przez cały okres okupacji, każdego dnia i każdej nocy narażałem swoje życie, myślałem tylko o Polsce, różnymi sposobami walczyłem z wrogiem. Mimo to uznano, że działam przeciwko swojej ojczyźnie. Choć zmarnowano mi kawał życia, teraz nie czuję już żalu, takie były czasy, polityka. Nigdy nie uważałem się za bohatera, bardzo wielu ludzi z mojego pokolenia spotkał podobny los, ale jestem przekonany, że Polsce służyłem najlepiej, jak umiałem – dodaje Zdzisław Baszak.

Dodaj komentarz

  Ustaw powiadomienia  
Powiadom o