30 lat z płytą „Coda”

0
84
REKLAMA

Ktoś powie, że znowu zanudzam o Led Zeppelin. No, niestety. Co więcej, to nie koniec, bo przed kilkoma dniami (również 19 listopada) odbyła się światowa premiera Celebration Day – wydawnictwa z zapisem wizualnym (Blu‑ray, DVD) oraz dźwiękowym (CD, płyty winylowe) londyńskiego koncertu zespołu z 2007 roku. Wkrótce w tym miejscu będę chciał się podzielić wrażeniami związanymi z Celebration Day.
Wracam jednak do płyty Coda. Tytuł jest terminem, który w języku włoskim oznacza zakończenie utworu muzycznego. To zakończenie ma jednocześnie stanowić jego podsumowanie i zamknięcie. Tak więc w przypadku losu Zeppów tytuł nie pozostawiał wątpliwości. Jimmy Page w wywiadzie dla magazynu Rolling Stone w 1990 roku mówił: Wszystkie utwory, które pozostały i miały partie wokalne, wyszły na „Codzie”. Te nagrania były czymś, nad czym zamierzaliśmy jeszcze popracować w jakimś późniejszym terminie. Słowa te należało odczytać tak: to, co zostało nagrane przed laty, ale z powodu pewnych niedostatków nie znalazło się na wcześniejszych albumach, zostało – jako efekt remanentu – wydane właśnie na tym krążku. Niestety, efekt, jak na możliwości Led Zeppelin, był mało porywający. Choć w chwili wydania Coda – przynajmniej pod względem komercyjnym – miała się całkiem nieźle. W tygodniu swej premiery weszła na czwarte miejsce amerykańskiej listy bestsellerów i przez cały następny rok sprzedawała się naprawdę dobrze.
Album wydano bez specjalnego otrąbiania tego światu. Okładka była surowa i zgrzebna do bólu, z powodzeniem mogłaby uchodzić za jakieś peerelowskie wydawnictwo. Jej rozkładane wnętrze zawierało stare zdjęcia grupy.
Krytycy zjechali Codę maksymalnie. Na łamach New York Times napisano, że ten pierwszy nowy materiał od śmierci Bonhama to szybka reakcja na prośby właścicieli sklepów muzycznych i decydentów wytwórni płytowych zdegustowanych spadkiem sprzedaży. Twierdzono, że płytę wydano dzięki presji, jako zaspokojenie potrzeb białych amerykańskich nastolatków. Co za tym idzie, płyta nie musiała być dobra, bo przecież i tak wydano ją na zamówienie.
Album otwierał krótki, acz bardzo solidny numer We’re Gonna Groove, pochodzący z repertuaru Ben E. Kinga. Zarejestrowano go w Royal Albert Hall w styczniu 1970 roku. W tamtym czasie właśnie ten kawałek rozpoczynał koncerty zespołu. Drugim utworem na płycie był Poor Tom, kompozycja Roberta Planta i Jimmy’ego Page’a, powstała w Bron‑Yr‑Aur w Walii, nagrana 5 czerwca 1970 roku. Był to zatem „odrzut” z trzeciego albumu grupy.
Potem następował bluesowy standard Willie’go Dixona I Can’t Quit You Baby, kawałek znany z multiplatynowego debiutanckiego krążka zespołu. Tym razem zarejestrowany został podczas próby w Royal Albert Hall.
Czwarty – gęsty, interesujący, miejscami jednak nieco ciężko strawny – Walters Walk pochodził z sesji nagraniowej w Stargroves z maja 1972 roku i był tym, któremu nie udało się zmieścić na piątym albumie Zeppów – Houses Of The Holy.
Potem Ozon Baby, słaby numer ze słabszych czasów. Wiesław Królikowski pisał, że muzycy grzęzną tu w swoich aranżacyjnych schematach. To jeden z trzech tzw. „szwedzkich” kawałków zarejestrowanych w Polar Studio w Sztokholmie w listopadzie 1978 roku, podczas sesji nagraniowej do In Trough The Out Door, ostatniego studyjnego albumu grupy.
Następnie (z tej samej sesji) brzmiał Darlene z Johnem Paulem Jonesem na pianie. Ten kompozycyjnie dość fajny rockandroll wcale aż tak fajnie nie brzmiał. Wydano go na singlu i na liście Mainstream Rock magazynu Billboard znalazł się jednak na pozycji 4.
Ciekawostką był numer Bonzo’s Montreaux – efekt perkusyjnych umiejętności i muzycznej wyobraźni Johna Bonhama. Zarejestrowany został we wrześniu 1978 w Mountain Studios w Montreaux w Szwajcarii. Po czterech latach zremiksował go w swoim studio Jimmy Page i podpisał go (ponoć) jako Perkusyjna Orkiestra Johna Bonhama.
Wreszcie finał, mocny rockowy, „szwedzki” numer Wearing And Tearing, zagrany z powerem i furią właściwą punkowym kapelom. Utwór ten przez zespół nigdy nie był grany na żywo. Po raz pierwszy Jimmy Page i Robert Plant przedstawili go w wersji koncertowej w Knebworth w 1990 roku.
Na Codę można, a nawet trzeba spojrzeć nie tylko jak na kolekcję ośmiu utworów zamykającą dwunastoletni lot Zeppelina. Jest ona pewnego rodzaju świadectwem kształtowania, a zarazem ewoluowania zeppelinowskiego stylu i brzmienia.
Krzysztof Borowiec

REKLAMA
REKLAMA

Dodaj komentarz

  Ustaw powiadomienia  
Powiadom o