Avalon

0
52
borowiec1722

W odległych peerelowskich czasach do Avalon dotarłem z pewnym opóźnieniem. Doskonale jednak pamiętam moją radość, gdy za uciułane pieniądze nabyłem krążek w jednym z tarnowskich Pewexów. Zapłaciłem „jedyne” 5 dolarów, co było pewnego rodzaju okazją, gdyż na ogół płyty kosztowały wtedy 8 „zielonych”. Dla przeciętnego obywatela PRL‑u, mimo wszystko, było to sporo, bo średnia miesięczna pensja wynosiła wówczas jakieś 15 dolarów. Pasjonaci jednak, kosztem codziennych wyrzeczeń, zawsze potrafili znaleźć potrzebne im pieniądze.
Płyta Avalon, nie licząc muzyków studyjnych, została zarejestrowana w skromnym, trzyosobowym składzie. Oprócz grającego na instrumentach klawiszowych, śpiewającego lidera – Bryana Ferry’ego, zagrali na niej Andy McKay na saksofonach oraz Phil Manzanera na gitarze prowadzącej.
Wśród dziesięciu utworów wypełniających krążek znalazły się dwa instrumentalne: India – stanowiąca swego rodzaju instrumentalną kodę do kompozycji tytułowej, oraz Tara – zamykający całość piękny temat z saksofonem Andy’ego Mackaya w roli głównej.
Najbardziej z całej płyty mogły się podobać piosenki More Than This (otwierająca), Take A Chance with Me (moja ulubiona), no i oczywiście tytułowa, do której teledysk okazał się artystowskim clipem, świetnie zrealizowanym i pięknie sfotografowanym, świadomie, zgodnie z poetyką estetycznej prowokacji, ocierającym się o kicz. Urzekała też nostalgicznie brzmiąca kompozycja While My Heart Is Still Beating i może tylko Main Thing z mechanicznym rytmem i funkującym basem objawiała w stosunku do reszty pewne ubóstwo melodyczne. A poza tym czy Avalon miało jeszcze jakieś słabsze strony? No cóż, przekaz tekstowy, na co wskazywali liczni recenzenci, nie był jakimś mistrzostwem. Zabrakło pełnych specyficznego poczucia humoru i ironii tekstów, jakie znalazły się na For Your Pleasure czy Country Life. W piosenkach z Avalon wiało chłodną, a nawet dość banalną pustką, co można było usłyszeć już w pierwszych słowach tytułowego przeboju. Ale niech tam, w gruncie rzeczy (dla mnie przynajmniej) nigdy nie miało to jakiegoś szczególnego znaczenia. Płyta nagrana w Compass Point Studios w Nassau oraz The Power Station na nowojorskim Manhattanie uwodziła brzmieniem. Była pełna powietrza, a przy tym zwiewna i delikatna. Świetną robotę wykonali producenci, a zwłaszcza sam Bryan Ferry, bo przecież nie przypadkiem jego dwa następne solowe dzieła brzmiały podobnie pięknie. Avalon, zrealizowana przy pomocy inżyniera dźwięku Rhetta Daviesa, do tej pory brzmi wzorcowo. Ba, po upływie trzydziestu pięciu lat wciąż trudno znaleźć płyty tak dobrze wyprodukowane. Niespotykana dbałość o szczegóły i dopracowanie każdego, nawet najmniejszego elementu stawia produkcję, jak określił to jeden z recenzentów, na pograniczu jubilerskiej precyzji. Dzięki temu zapewne muzykę z Avalon wciąż odbiera się jako elegancką, subtelną i wysmakowaną.
Słów teraz kilka o postaci widniejącej na okładce. Ferry, jak na estetę przystało, zawsze miał słabość do efektownych kobiet, a tym bardziej modelek. Na debiutanckiej płycie Roxy Music była to Kari‑Ann Mueller, na For Your Pleasure Amanda Lear, płytę Stranded ozdabiała dziewczyna Playboya – Marilyn Cole, okładkę Country Life wypełniły pochodzące z Niemiec panny Constanze Karoli i Eveline Grunwald, a Siren modelka Jerry Hall. Można by przypuszczać, że postacią w średniowiecznym hełmie na okładce ostatniego albumu Roxy Music jest mężczyzna, ale i tym razem okazało się, że to kobieta, modelka Lucy Helmore, ówczesna narzeczona Ferry’ego, która wkrótce potem została jego żoną.
W 1982 roku Avalon znalazła się na szczycie bestsellerów płytowych w różnych krajach. Oprócz rodzimej Anglii m.in. w Australii, Kanadzie, Nowej Zelandii i Szwecji. W rankingu Najlepszych płyt lat osiemdziesiątych magazynu Rolling Stone krążek znalazł się na pozycji 31. To samo pismo w 2003 roku opublikowało listę 500 najlepszych albumów wszech czasów, tam Avalon ulokowano na miejscu 307.
Na finał jeszcze mała refleksja. W historii rocka było wiele znakomitych, a nawet wybitnych debiutów fonograficznych (The Doors, King Crimson, Led Zeppelin, Pearl Jam), ale jakże niewiele wydano płyt, które zamykając dyskografię znanego i zasłużonego zespołu, stanowiły zarazem jego najlepsze dokonanie. Roxy Music to się udało. Chociaż… dopóki muzycy żyją, trudno wyrokować, że Avalon to definitywnie ich ostatnie dzieło.

REKLAMA
1 czerwca mija 35 lat od wydania płyty Avalon, ostatniej studyjnej zespołu Roxy Music, kompozycyjnie i aranżacyjnie, a przede wszystkim brzmieniowo jednego z najpiękniejszych albumów lat osiemdziesiątych.
W odległych peerelowskich czasach do Avalon dotarłem z pewnym opóźnieniem. Doskonale jednak pamiętam moją radość, gdy za uciułane pieniądze nabyłem krążek w jednym z tarnowskich Pewexów. Zapłaciłem „jedyne” 5 dolarów, co było pewnego rodzaju okazją, gdyż na ogół płyty kosztowały wtedy 8 „zielonych”. Dla przeciętnego obywatela PRL‑u, mimo wszystko, było to sporo, bo średnia miesięczna pensja wynosiła wówczas jakieś 15 dolarów. Pasjonaci jednak, kosztem codziennych wyrzeczeń, zawsze potrafili znaleźć potrzebne im pieniądze.
Płyta Avalon, nie licząc muzyków studyjnych, została zarejestrowana w skromnym, trzyosobowym składzie. Oprócz grającego na instrumentach klawiszowych, śpiewającego lidera – Bryana Ferry’ego, zagrali na niej Andy McKay na saksofonach oraz Phil Manzanera na gitarze prowadzącej.
Wśród dziesięciu utworów wypełniających krążek znalazły się dwa instrumentalne: India – stanowiąca swego rodzaju instrumentalną kodę do kompozycji tytułowej, oraz Tara – zamykający całość piękny temat z saksofonem Andy’ego Mackaya w roli głównej.
Najbardziej z całej płyty mogły się podobać piosenki More Than This (otwierająca), Take A Chance with Me (moja ulubiona), no i oczywiście tytułowa, do której teledysk okazał się artystowskim clipem, świetnie zrealizowanym i pięknie sfotografowanym, świadomie, zgodnie z poetyką estetycznej prowokacji, ocierającym się o kicz. Urzekała też nostalgicznie brzmiąca kompozycja While My Heart Is Still Beating i może tylko Main Thing z mechanicznym rytmem i funkującym basem objawiała w stosunku do reszty pewne ubóstwo melodyczne. A poza tym czy Avalon miało jeszcze jakieś słabsze strony? No cóż, przekaz tekstowy, na co wskazywali liczni recenzenci, nie był jakimś mistrzostwem. Zabrakło pełnych specyficznego poczucia humoru i ironii tekstów, jakie znalazły się na For Your Pleasure czy Country Life. W piosenkach z Avalon wiało chłodną, a nawet dość banalną pustką, co można było usłyszeć już w pierwszych słowach tytułowego przeboju. Ale niech tam, w gruncie rzeczy (dla mnie przynajmniej) nigdy nie miało to jakiegoś szczególnego znaczenia. Płyta nagrana w Compass Point Studios w Nassau oraz The Power Station na nowojorskim Manhattanie uwodziła brzmieniem. Była pełna powietrza, a przy tym zwiewna i delikatna. Świetną robotę wykonali producenci, a zwłaszcza sam Bryan Ferry, bo przecież nie przypadkiem jego dwa następne solowe dzieła brzmiały podobnie pięknie. Avalon, zrealizowana przy pomocy inżyniera dźwięku Rhetta Daviesa, do tej pory brzmi wzorcowo. Ba, po upływie trzydziestu pięciu lat wciąż trudno znaleźć płyty tak dobrze wyprodukowane. Niespotykana dbałość o szczegóły i dopracowanie każdego, nawet najmniejszego elementu stawia produkcję, jak określił to jeden z recenzentów, na pograniczu jubilerskiej precyzji. Dzięki temu zapewne muzykę z Avalon wciąż odbiera się jako elegancką, subtelną i wysmakowaną.
Słów teraz kilka o postaci widniejącej na okładce. Ferry, jak na estetę przystało, zawsze miał słabość do efektownych kobiet, a tym bardziej modelek. Na debiutanckiej płycie Roxy Music była to Kari‑Ann Mueller, na For Your Pleasure Amanda Lear, płytę Stranded ozdabiała dziewczyna Playboya – Marilyn Cole, okładkę Country Life wypełniły pochodzące z Niemiec panny Constanze Karoli i Eveline Grunwald, a Siren modelka Jerry Hall. Można by przypuszczać, że postacią w średniowiecznym hełmie na okładce ostatniego albumu Roxy Music jest mężczyzna, ale i tym razem okazało się, że to kobieta, modelka Lucy Helmore, ówczesna narzeczona Ferry’ego, która wkrótce potem została jego żoną.
W 1982 roku Avalon znalazła się na szczycie bestsellerów płytowych w różnych krajach. Oprócz rodzimej Anglii m.in. w Australii, Kanadzie, Nowej Zelandii i Szwecji. W rankingu Najlepszych płyt lat osiemdziesiątych magazynu Rolling Stone krążek znalazł się na pozycji 31. To samo pismo w 2003 roku opublikowało listę 500 najlepszych albumów wszech czasów, tam Avalon ulokowano na miejscu 307.
Na finał jeszcze mała refleksja. W historii rocka było wiele znakomitych, a nawet wybitnych debiutów fonograficznych (The Doors, King Crimson, Led Zeppelin, Pearl Jam), ale jakże niewiele wydano płyt, które zamykając dyskografię znanego i zasłużonego zespołu, stanowiły zarazem jego najlepsze dokonanie. Roxy Music to się udało. Chociaż… dopóki muzycy żyją, trudno wyrokować, że Avalon to definitywnie ich ostatnie dzieło.
Krzysztof Borowiec

Dodaj komentarz

  Ustaw powiadomienia  
Powiadom o