Bard dwóch stuleci

0
73
borowiec1419
REKLAMA

Dziesięć lat temu 172 dziennikarzy, muzyków oraz przedstawicieli branży muzycznej, skupionych wokół pisma Rolling Stone, uznało Dylanowską kompozycję Like A Rolling Stone za największy utwór w historii rocka. Można by powiedzieć, że nie ma w tym nic dziwnego, bo przecież magazyn Rolling Stone jest amerykański. Zgoda, ale z kolei w każdej znanej encyklopedii rocka, już bez względu na to, czy amerykańska, czy nie, hasło Dylan zajmuje najwięcej miejsca.
W tym roku od nagrania pierwszej płyty Dylana mija 53 lata. To szmat czasu. Nic zatem dziwnego, że jako twórca poszukujący przeszedł w tym okresie poprzez najróżniejsze fascynacje – zarówno muzyczne, jak i światopoglądowe. Na początku kariery jawił się jako zaciekły bojownik o sprawiedliwość społeczną, jako buntownik walczący z amerykańskim establishmentem, ale też – jak choćby w swoim sztandarowym utworze Blowin’ In The Wind – jako poeta stawiający pytania o miarę człowieczeństwa w świecie zobojętniałym na zło. Różne koleje losu artysty, jego wielkie sukcesy, ale też i osobiste dramaty zaprowadziły go ku duchowej przemianie mającej swoje korzenie w Ewangelii.
Niemal od początku swojej kariery Dylan zadziwiał, ba, pozostając wierny swojemu widzeniu sztuki, potrafił zirytować do cna swoich najbardziej oddanych fanów. Tak było podczas festiwalu w Newport w 1965 roku, kiedy, uznawany za największego folkowego barda, dał po prostu elektryczny koncert. W tamtych latach dla ortodoksyjnych fanów tego gatunku było to obrazoburstwo. A jednak Dylan miał to w nosie i szybko stwierdzono, że odegrał olbrzymią rolę w powstaniu nowoczesnego folk‑rocka i, co nie mniej ważne, mocno wpłynął na rozwój rocka w ogóle.
Płyta Highway 61 Revisited ze wspomnianym Like A Rolling Stone, stając się numerem jeden w wielu krajach świata, pokazała Dylana jako rockowego idola. W 1965 roku artysta udał się do Francji. Jego przyjazd tygodnik Paris Match powitał artykułem zatytułowanym Panie Dylan, czy Pan jest prorokiem? W sierpniu 1966 roku, osiągnąwszy szczyt popularności, artysta uległ ciężkiemu wypadkowi. Po miesiącach milczenia, w styczniu 1968 roku wydał album – John Wesley Harding. Zaskoczył nim krytykę, która porównała go właśnie do proroka, który po okresie samotności wraca i przekazuje światu swoje objawienia.
Kolejne lata przynosiły raz za razem nowe „oblicza” Dylana, a to jako kompozytora muzyki filmowej, a to jako aktora (w filmie Pat Garrett i Billy Kid pojawił się i jako aktor, i jako autor ścieżki dźwiękowej), a to jako twórcy nowych świetnych płyt.
W 1978 roku Dylan ponownie wprawił świat w osłupienie, tym razem zadziwił całe środowisko rockandrollowe. Jezus jest rzeczywisty – twierdził i dodawał: chciałem tego, pogłębiało się to we mnie, aż wreszcie doznałem tego uczucia, tej wizji, że narodziłem się powtórnie (…). Efektem tych powtórnych narodzin stała się płyta Slow Train Coming. O krążku tym artysta powiedział, że to pierwszy biblijny album rockowy. Nie było na nim prowokującej poezji, jej miejsce zajęła – by rzec za Stevem Turnerem – seria reklam Dobrej Nowiny Jezusa Chrystusa. Kontynuacją płyty były kolejne albumy; Saved oraz – zamykający tę, jak to określono, „trylogię powtórnie narodzonego” – Shot Of Love.
Mimo kolejnych dowodów na to, że jest człowiekiem wierzącym, co zawarł na późniejszych albumach (w tym na moim ulubionym Oh Mercy), Dylan nigdy nie lubił mówić o swojej twórczości w kontekście religijnym. Uważał, że Chrystus nie przybył na świat, by zakładać religię, lecz po to, by ludzie poznali Boga i mogli czcić Go w swoim codziennym życiu.
Dylan, wkrótce 73‑latek, jak każdy, to człowiek niedoskonały, niemal od zawsze zmagał się z uzależnieniem alkoholowym, dragi też nie były mu obce, a nadmierna słabość do płci pięknej obrosła wręcz legendami.
W 1997 roku artysta znowu zadziwił świat, występując tym razem z koncertem dla Jana Pawła II podczas 23. Kongresu Eucharystycznego w Bolonii. Był to piękny gest wyrażający wielki szacunek dla obecnego świętego.
Dylan, niegdyś zbuntowany bard, do dziś wykonuje na koncertach swoje chrześcijańskie kawałki, wśród nich Every Grain Of Sand z płyty Shot Of Love, w którym swoim charakterystycznym głosem śpiewa: Pokusa zawsze woła moje imię/Gdy mijam okno pełne jej wściekłego blasku,/Zmierzając w dalszą drogę, zaczynam rozumieć,/Że każdy włos jest policzony i każde ziarnko piasku.

REKLAMA
REKLAMA
Ustaw powiadomienia
Powiadom o
0 komentarzy
Inline Feedbacks
View all comments