Beach Boys – reaktywacja

0
75
REKLAMA

Fani zespołu czekali aż szesnaście lat na nową płytę. Jest to pierwszy krążek z nowymi nagraniami, jaki wydano po śmierci gitarzysty Carla Wilsona w 1998 roku. Płyta łączy się z jubileuszem 50‑lecia istnienia kalifornijskiej grupy‑legendy. Z tej okazji Beachboysi ruszają w światową trasę koncertową, a na rynek trafią pamiątkowe reedycje poprzednich albumów grupy.
Zespół powstał ponad pół wieku temu w Hawthorne, na przedmieściach Los Angeles. W pierwotnym składzie znaleźli się oprócz jubilata – Briana, jego bracia Dennis i wspomniany Carl, kuzyn Mike Love, a także szkolny kolega Al Jardine. Tworząc całkiem niewinną grupę wokalną, nastoletni chłopcy zapoczątkowali jedną z najdłuższych, najbardziej fascynujących i niestety najbardziej tragicznych historii w dziejach muzyki popularnej.
Debiutowali jako Carl And The Passions, potem jako The Pendletones oraz Kenny And The Cadets, gdzie w rolę Kenny’ego wcielił się najstarszy z braci – Brian. Zespół grywał głównie na szkolnych potańcówkach, ale – zafascynowany harmonią głosów i melodyką utworów – Brian zabrał się za komponowanie. Jedną z najwcześniejszych piosenek Surfin, napisaną za namową pasjonującego się surfingiem Dennisa, nagrał dla lokalnej wytwórni, firmując ją swojską nazwą Beach Boys. Dzięki wysiłkom ojca Murraya Wilsona piosenka Surfin stała się sporym lokalnym hitem i weszła do Gorącej Setki tygodnika Billboard.
W roku 1962, oczywiście dzięki ojcu, który swoje niespełnione marzenia o własnej karierze muzycznej przerzucił na synów, zespół podpisał kontrakt z wytwórnią Capitol Records. W półtora roku The Beach Boys mieli dziesięć hitów w USA, nagrywając kolejno cztery albumy. Aż trzy z nich związane były z surfingiem (Surfin’ Safari, Surfin’ USA oraz Surfer Girl). Oprócz tego bardzo kalifornijskiego sportu piosenki grupy dotyczyły najczęściej jazdy wystrzałowymi samochodami i, co oczywiste, dziewczyn. Mimo tej beztroskiej tematyki młodzi ludzie pracowali w zabójczym tempie, co zaczęło mieć wpływ na skłonnego do depresji, introwertycznego Briana.
W 1963 roku fenomen The Beach Boys dotarł do Europy. W Wielkiej Brytanii forpocztą krótkotrwałej dominacji stał się singel Surfin’ USA. Zresztą, co nie jest bez znaczenia, piosenki zespołu różniły się od proletariackiej, w gruncie rzeczy, brytyjskiej sceny muzycznej.
W 1964 roku ukazały się kolejne cztery albumy (sic!), które wieńczyła bożonarodzeniowa płyta The Beach Boys’ Christmas Album. Z 84 piosenek, które wypełniły long playe grupy, 63 skomponowane zostały przez Briana. W poczuciu zagrożenia ze strony The Beatles – Brian walczył jak lew, komponując hit za hitem. I Get Around, California Girls czy God Only Knows to tylko pierwsze z brzegu. W tamtym okresie Beachboysi odnieśli ważne zwycięstwo nad czwórką z Liverpoolu. W 1966 roku brytyjska prasa muzyczna wybrała ich na najlepszy zespół na świecie. Spory udział miał w tym utwór Good Vibrations, uznany za wyjątkowe osiągniecie. Ten nagrywany w wielu różnych studiach na świecie, swoisty collage muzyczny o zmiennym tempie, oryginalnym tekście i niezwykłej, jak na owe czasy, dynamice przydał grupie splendoru i zdobył uznanie wśród całego środowiska muzyków po obu stronach Atlantyku.
W kolejnych latach kariera bandu toczyła się jak fale, o których śpiewał. W 1974 roku pismo Rolling Stone wybrało The Beach Boys zespołem roku. W 1982 roku oficjalnie zwolniono Briana, który ważył wówczas 136 kilogramów. Wydane kilka lat wcześniej solowe albumy Dennisa i Carla, mimo solidnej produkcji, okazały się rynkowymi niewypałami. Po wydaniu w 1985 roku krążka The Beach Boys grupa ruszyła na światowe tournee w charakterze wielkiej atrakcji koncertowej.
W 1987 roku, wspólnie z rapową grupą The Fat Boys, Beachboysi nagrali nową wersję hitu The Surfaris – Wipe Out. W 1988 powrócili na szczyt amerykańskich zestawień hitem Kokomo, pochodzącym z filmu Cocktail, z Tomem Cruisem w roli głównej.
W półwiecznej historii zespół dotykały dramatyczne wydarzenia. Dziś z braci żyje już tylko Brian.
Na koniec jeszcze słówko o albumie That’s Why God Made the Radio. Zamyka go utwór pod znamiennym tytułem Summer’s Gone. No cóż, czas nie stoi, każde lato kiedyś odchodzi bez względu na to, czy liczymy 20 czy 70 wiosen. Tyle tylko, że w tym drugim przypadku przemija jakby dużo, dużo szybciej.

REKLAMA
REKLAMA

Dodaj komentarz

  Ustaw powiadomienia  
Powiadom o