Biały mistrz czarnego bluesa

0
86
borowiec1410
REKLAMA

Był prawdziwym artystą, człowiekiem bardzo pracowitym i niezwykle konsekwentnym. Ktoś kiedyś, bodaj w latach siedemdziesiątych, zapytał go, jaką muzykę będzie grał za dziesięć lat. Gallagher odpowiedział, że ciągle tę samą, tylko zdecydowanie lepiej. I rzeczywiście technikę gry szlifował do końca swych dni.
Potrafił zręcznie zachować podstawowe przesłanie bluesa, jednocześnie nie wynosząc go na piedestał. Śmiało korzystał z tradycji boogie i twórczo sięgał po stricte rockowe rozwiązania, będąc przy tym bardzo nowoczesnym interpretatorem. Jego gra wzbudzała podziw, a potrafił grać fenomenalnie tak na swoim steranym stratocasterze z 1961 roku, jak na mandolinie i jak też – i to z powodzeniem – na harmonijce ustnej. W gitarowym rzemiośle posiadł nieprzeciętne umiejętności posługiwania się techniką bottlneck, co zresztą potrafił twórczo wykorzystywać.
Rory od początku czerpał inspiracje z muzyki Lonniego Donegana, Woody’ego Guthrie, Chucka Berry’ego, a przede wszystkim czarnych bluesmanów, wśród których był uznawany za najlepszego białego gitarzystę. Legendarni twórcy „czarnego” bluesa – Muddy Waters i Albert King, zaprosili go nawet do udziału w sesjach nagraniowych.
William Rory Gallagher urodził się 2 marca 1949 roku w Ballyshannon. Swoje pierwsze doświadczenia estradowe zdobywał grając w zespole The Fontana Showband, a następnie w The Impact Showband. Jako szesnastolatek założył własną grupę Taste. Grupa istniała pięć lat i zapisała się w historii bluesrocka jako znakomite trio, które z zaściankowej anonimowości doszło do międzynarodowej sławy. Płyty zespołu są do dziś poszukiwane przez fanów dobrego, soczystego bluesa z rockowym pazurem, szkoda jednak, że nagrań filmowych z tamtego okresu pozostało tak niewiele. Szkoda, bo kiedy patrzy się na występ formacji zarejestrowany podczas festiwalu na wyspie Wight w 1970 roku (na płycie DVD przedstawiono zaledwie dwa kawałki), to chciałoby się tego zespołu zdecydowanie więcej.
Po debiucie Gallaghera z 1971 roku (krążek zatytułowany po prostu Rory Gallagher) przyszły kolejne albumy. Niewątpliwie te najcenniejsze to: Blueprint (1973) i znakomity, porywający Irish Tour ’74. Osobiście dorzuciłbym jeszcze Tattoo (1973) i, choć może w mniejszym stopniu, Against The Grain (1975). Nie zmienia to jednak faktu, że smakować muzykę Gallaghera można, sięgając po płyty pochodzące z każdego okresu jego twórczości
Sylwetkę Gallaghera bardzo interesująco prezentuje film Tony’ego Palmera – Irish Tour ‘ 74. Jest to, w dużym stopniu, rejestracja trasy koncertowej po Irlandii, przetykana fragmentami rozmów i wzbogacona poetyckimi impresjami oraz typowymi scenkami z życia. Gość miał wówczas 25 lat. W filmie jawi się jako bezpretensjonalny, równy facet, który oprócz iskry bożej ma w sobie jakiś niezwykły entuzjazm, wręcz żar, sprawiający, że jego muzyka na żywo brzmi, jakby była natchniona. W 1974 roku Gallagher był wśród swoich rodaków uwielbianym artystą, film Palmera oddaje to znakomicie. W świecie też było o Gallagherze wtedy głośno, już od kilku lat w rankingach na najlepszego gitarzystę regularnie plasował się bardzo wysoko lub po prostu zwyciężał, dla przykładu w 1972 zajął pierwsze miejsce na liście pisma Melody Maker w kategorii Top Musician of the Year, detronizując samego Erica Claptona.
Rory był swoistym outsiderem, człowiekiem pochłoniętym pracą, który raczej stronił od bliskich relacji międzyludzkich. Mimo to nawiązał wiele prywatnych i scenicznych znajomości z takimi muzykami jak Van Morrison, Eric Clapton czy Jimmy Page.
W swoich tekstach Gallagher wyrażał ideał wolności i życia w drodze. Często śpiewał o życiu bluesmana, o byciu gościem w motelach i pubach. Nigdy nie założył rodziny. Zmarł w wyniku powikłań po przeprowadzonym przeszczepie wątroby w 1995 roku.
Wielu współczesnych znakomitych gitarzystów chętnie przyznaje się do tego, że Gallgher zawsze ich inspirował, że podziwiali jego kunszt i fenomenalne wyczucie bluesowej frazy. W gronie „zarażonych Gallagherem” są: The Edge, Slash, Janick Gers (Iron Maiden), Glenn Tipton (Judas Priest), Vivian Campbell (Def Leppard) czy wreszcie Joe Bonamassa.
Gallagher nigdy nie zabiegał o względy showbiznesu, nie dbał też specjalnie o swój wizerunek sceniczny, organicznie nie znosił kiczu, a mimo to, a może raczej dzięki temu potrafił sprzedać ponad 30 milionów płyt, udowadniając, że autentyczna muzyka broni się sama.

REKLAMA
REKLAMA
Ustaw powiadomienia
Powiadom o
0 komentarzy
Inline Feedbacks
View all comments