Bluesrockowy czarodziej

0
105
borowiec1910
REKLAMA

W 2011 roku miałem możliwość wysłuchania Alvina Lee na żywo. Program, który zaserwował w Dolinie Charlotty przy wsparciu perkusisty Richarda Newmana oraz basisty Pete’a Pritcharda, nie był porywający. Bo, mimo że zabrzmiały jego sztandarowe numery z Love Like A Man i I’m Going Home na czele, to jednak Ten Years After z czasów świetności to nie był. Pomyślałem wtedy, że, mimo wszystko chętnie zobaczę Lee raz jeszcze w nadziei, że będzie w lepszej dyspozycji i sympatyczniejszym usposobieniu. Niestety, więcej w Polsce już nie zagrał.
Podczas trwającej blisko pól wieku kariery „okrętem flagowym” gitarzysty był zespół Ten Years After, założony w 1966 roku w Londynie. Na przełomie lat 60. i 70. był jednym z najlepszych bluesrockowych bandów na świecie. Dzięki temu, że grał mieszankę rock and rolla i bluesa, odcinał się od znanych, typowo bluesowych grup tamtego okresu, takich jak: Fleetwood Mac, Chicken Shack czy Savoy Brown.
Zanim jednak Ten Years After dał się poznać światu, Alvin Lee i basista Leo Lyons występowali często – podobnie jak Beatlesi – w klubach Hamburga, tyle że zatrzymali się tam na dłużej, bo do roku 1965. Po powrocie do Anglii grali po kilka razy dziennie jako The Jaybirds.
Niestety tam, gdzie występowali czyli w Nottingham i okolicy, z klubowego grania trudno było wyżyć. Dlatego też wyjechali do – mocno lansowanego wówczas w Anglii – Birmingham. Tam nazwę The Jaybirds zmieniono najpierw na The Bluesyard, a gdy to nie przyniosło pożądanych skutków, Lee wymyślił szyld Ten Years After, w którym chodziło o czas dzielący debiut zespołu w pełnym składzie od narodzin rock and rolla.
Pierwsza płyta, zatytułowana po prostu Ten Years After, wydana została w 1967 roku i prezentowała mieszankę klasycznego bluesa, rhythm’n’bluesa oraz boogie. W finale płyty znalazła się kompozycja Willie’go Dixona – Help Me. Była nie tylko znakomicie zagrana, ale też niezwykle emocjonalnie zaśpiewana, wkrótce stając się żelaznym numerem koncertowym.
Jeśli chodzi o koncerty, to stanowiły one domenę zespołu i dlatego też kolejną płytę Undead nagrano podczas klubowego występu. Płyta została świetnie przyjęta i zawierała jeden ze sztandarowych utworów formacji – I’m Going Home autorstwa Alvina Lee. Kilkanaście miesięcy później numer ten został porywająco wykonany na festiwalu w Woodstock, rozsławiając twórcę w całym rockowym świecie.
Płyta Undead, jak zauważył jeden z krytyków, zawierała partie gitary porównywalne do partii instrumentów dętych w nagraniach Woody’ego Hermana i Counta Bassiego. Alvin Lee do elementów jazzu dołączył elementy rock and rolla, tworząc tym samym niepowtarzalny styl grupy. Jeśli chodzi o inklinacje jazzowe, to trzeba podkreślić, że zostały docenione przez krytykę i sporą część jazzfanów. Dowodem tego był występ grupy podczas Newport Jazz Festival w 1969 roku, będący zresztą jedynym przypadkiem w historii, kiedy zagrał tam zespół rockowy.
Najpopularniejszym albumem Ten Years After stał się Cricklewood Green, który, jak twierdził Lee, ukazał się w takim momencie, że można go było uznać za rodzaj podsumowania lat sześćdziesiątych. Natomiast pochodzący zeń utwór Love Like A Man, jak czas pokazał, stał się największym przebojem zespołu. Nie byliśmy zespołem, który zabiegałby o przeboje – mówił niegdyś Lee. Nie byliśmy zespołem singlowym, a albumowym. Ba, nawet nie wiedzieliśmy, że wytwórnia zdecydowała się wydać „Love Like A Man” na singlu. Ale to był przebój – piąta pozycja na listach. I pewnie dlatego wiele osób go pamięta.
Alvin Lee pozostanie dla mnie na zawsze twórcą z gitarowego Panteonu, ale cóż tam ja, znakomici „wioślarze” wyrażali się o jego sztuce z uznaniem i najwyższym szacunkiem. Tadeusz Nalepa stwierdził kiedyś: grał w tamtych czasach genialnie – był jednym z najlepszych obok Erica Claptona i Petera Greena. Ryszard Sygitowicz mówił: Alvina Lee uważam za mojego pierwszego mistrza. Grzegorz Skawiński dodawał: był superszybki, a nauczenie się solówki „I’m Going Home” było inicjacją dla każdego gitarzysty, który się szanował. Był to szczyt techniczny. Z kolei Leszek Cichoński tak się wypowiadał: Alvin Lee był jednym z moich gitarowych idoli. Solówki „I’m Going Home” i innych utworów uczyłem się w połowie lat 70. z taśmy na pamięć. Jego technika i ekspresja zrobiły na mnie ogromne wrażenie, ale dopiero po latach, oglądając go na żywo we Wrocławiu, mogłem w pełni docenić jego feeling i wysmakowane bluesowe frazy.

REKLAMA
REKLAMA

Dodaj komentarz

  Ustaw powiadomienia  
Powiadom o