Bonamassa akustycznie

0
103
borowiec1317
REKLAMA

Wydawnictwo An Acoustic Evening at the Vienna Opera House ukazało się w ubiegłym miesiącu i nawet dla kogoś, kto niekoniecznie uwielbia dokonania tego gitarowego wirtuoza, będzie nader interesujące. Akustyczny wieczór dokumentuje jeden z siedmiu „bezprądowych” koncertów, jakie odbyły się podczas europejskiej trasy na przełomie czerwca i lipca 2012 roku. W ramach tego tour artysta wystąpił również w Polsce. Dwa dni wcześniej, 3 lipca, zagrał w Wiedniu.
To, że Bonamassa jest „zwierzęciem scenicznym” potwierdzi każdy, kto choć raz widział go na żywo. Jednak rzecz nie tyle w miłym, fluidalnym oddziaływaniu muzyka i jego sympatycznym kontakcie z publicznością. To byłoby za mało. Co więcej, powiedzieć o Bonamassie, że tli się w nim iskra boża, również zabrzmiałoby zbyt skromnie. W nim, jak należy sądzić, szaleje płomień.
Gwoli ścisłości jednak, artysta ma też zaciekłych krytyków. Bo jego wokal nie jest wyjątkowy, bo nie komponuje tak, jak np. Eric Clapton, bo nie powinien wydawać płyt tak często i, może nawet przede wszystkim, publiczność nie powinna go aż tak lubić. Ja na to (co zapewne nikomu nie jest obce) powiem tak: srali muchy, będzie wiosna. Zmierzam jednak do rzeczy.
Joe niczego dziś nie musi już udowadniać, ot, z sobie właściwą skromnością pokazuje jedynie, że granie, tudzież komponowanie, to jego życiowa pasja. Jego muzyka to efekt rozległej wiedzy, niebywałej techniki, a w tym konkretnym przypadku godnej podziwu wszechstronności i wielkiego szacunku dla tradycji.
Wszystkie dwadzieścia jeden kawałków, które znalazły się na An Acoustic Evening at the Vienna Opera House, imponuje poziomem wykonawczym oraz świetnymi, a czasami wręcz porywającymi aranżacjami, które sprawiają, że oglądając ten koncert, ani przez chwilę nie można się nudzić.
Już pierwszy numer (nie licząc filmowego wstępu i koncertowego intro) Jelly Roll intryguje dialogiem banjo i gitary. Daje pewność, że ten wiedeński wieczór to naprawdę coś wyjątkowego. Motoryczny, ruszający niczym lokomotywa, majestatyczny Slow Train to przepyszna zabawa brzmieniowa. Jak zawsze poruszająco, choć oczywiście inaczej, zagrany jest Sloe Gin. Wspaniale dzieje się w Athens to Athens, oryginalnie nieco w ponaddwuminutowej miniaturce, która tu jest trwającym prawie trzy razy dłużej majstersztykiem z solowymi popisami muzyków. A dalej? Na przykład Jockey Full Of Bourbon, który rozpoczyna się w niemal kabaretowym stylu lat trzydziestych, wraz z upływem czasu „przenosi” słuchacza w regiony latynoskie. Świetnie jest zagrany slidem na gitarze From The Valley, który dla odmiany poprzedza bardzo oszczędnie podany hit The Ballad Of John Henry. Z kolei w Dislocated Boy zagrana na djembe solówka przywołuje gorące afrykańskie klimaty. Wszystko to stanowi zaledwie fragment atrakcji.
W wiedeńskim występie mocno zaakcentowany został folkowy wymiar aranżacji, co w olbrzymim stopniu było zasługą muzyków Bonamassy. Pochodzący z Dundalk Gerry O’Connor przy pomocy mandoliny, tudzież skrzypiec, przywołał bliskie mu wyspiarskie klimaty, a także – zwłaszcza dzięki irlandzkiemu banjo – ducha genialnego irlandzkiego gitarzysty – Rory’ego Gallaghera.
Dzielnie sekundował mu Szwed Mats Wester, grający na mandolinie oraz nyckelharpie (harfie klawiszowej), tradycyjnym skandynawskim instrumencie smyczkowym. Obok nich niemałą rolę spełnił Amerykanin Arlan Schierbaum, odpowiedzialny za akordeon, fisharmonię, czelestę oraz „general pandemonium” – jak w finale przedstawił go Bonamassa. Schierbaumowi za instrument posłużył nawet… łańcuch umiejętnie przerzucany z ręki do ręki.
Kto wie jednak, czy w tej doborowej stawce muzyków nie najlepszym okazał się pochodzący z Puerto Rico – Lenny Castro, przewybornie grający na perkusjonaliach. Muzyk zaprezentował całą gamę przeszkadzajek, w tym także plastikową butelkę z piaskiem oraz tarkę.
I jeszcze jedno. To, że przygotowujący koncert akustycy Bonamassy wykonali swoje zadanie solidnie, pozostaje sprawą bezsporną. Powie ktoś, że sala opery już sama w sobie jest wdzięczną przestrzenią dla takiej muzyki. To prawda, jednak niewielkie uchybienie w sztuce mogłoby spowodować nagłośnieniowe przerysowania. Ten wyborny, bo tak należy sądzić, koncertowy dźwięk został zachowany przy produkcji płyty. Brawo. Kiedy z krążka blu‑ray na przyzwoitym sprzęcie zaserwuje się obraz, a już zwłaszcza dźwięk – uszy i oczy będą bardzo uradowane. Zapewniam.

REKLAMA
REKLAMA

Dodaj komentarz

  Ustaw powiadomienia  
Powiadom o