Bowie i Młodzi Amerykanie

0
327
REKLAMA

7 marca minęło 45 lat od wydania Young Americans – płyty Davida Bowiego, odzwierciedlającej twórczą przygodę artysty z muzyką soul.
Zawsze lubiłem tzw. „amerykański okres” Bowiego i jego ukoronowanie, czyli Young Americans. Tytułowa piosenka albumu – zarejestrowana m.in. z grającym na saksofonie Davidem Sanbornem – od początku należała do moich ulubionych. Zresztą, była w tamtym czasie dość popularna w Polsce i w maju 1975 roku znalazła się na szczycie Listy Przebojów Rozgłośni Harcerskiej – jedynego wtedy miarodajnego zestawienia.
O genezie płyty producent, Tony Visconti, tak opowiadał: Większość brytyjskich wokalistów i większość angielskich kapel dorastała słuchając wczesnego amerykańskiego R&B i bluesa. David był ulepiony z tej samej gliny. Podziwiał Little Richarda i innych artystów R&B z lat 50. Był też uzależniony od „Soul Train” (program telewizyjny – przyp. KB). Oglądał to bez przerwy i był pierwszym nieczarnoskórym artystą, który pojawił się w tej audycji. Zrobienie płyty R&B wydawało się więc oczywiste. A jakie jest do tego lepsze miejsce niż Sigma Sound w Filadelfii? Nie sądzę, byśmy wcześniej pracowali z czarnymi muzykami. Ten album do dziś brzmi niesamowicie świeżo. To jedna z moich ulubionych płyt Bowiego.
Począwszy od 11 sierpnia 1974 roku album był rejestrowany przez Viscontiego we wspomnianych studiach Sigma Sound. Jednak nie wyłącznie tam, gdyż utwory Fascination oraz Win zostały nagrane w grudniu 1974 roku w Record Plant w Nowym Jorku.
Wkrótce po nowojorskiej sesji Visconti pojechał do Londynu, aby rozpocząć miksowanie albumu. Bowie natomiast pozostał i bez wiedzy Viscontiego skorzystał z okazji, by w styczniu 1975 roku pod okiem inżyniera Harry’ego Maslina w Electric Lady Studios nagrać z Johnem Lennonem w soulowej formie beatlesowską kompozycję Across the Universe oraz funkujący hicior Fame.
Aby stworzyć soulowy sound na Young Americans, Bowie sprowadził stosownych muzyków, w tym Luthera Vandrossa i perkusistę zespołu Sly & The Family Stone – Andy’ego Newmarka. Nawiązał przy tym współpracę z Carlosem Alomarem, która trwała potem przez ponad 30 lat. Alomar wcześniej nie słyszał o Bowiem i kiedy go poznał, stwierdził, że to najbardziej biały człowiek, jakiego kiedykolwiek widział, właściwie półprzezroczysty biały.
Na początku prac nagraniowych uzgodniono, że należy zarejestrować jak największą ilość materiału „na żywo” – z pełnym zespołem i wokalem Bowiego w jednym ujęciu dla każdej piosenki. To się udało, bo według Viscontiego na albumie zawarto około 85% Bowiego „na żywo”.
Niewątpliwie najbardziej znanym utworem z płyty (obok tytułowego) był zamykający całość, opowiadający o zgubnym wpływie sławy – Fame, który zawędrował na top listy singlowej magazynu Billboard.
Poza wymienionymi na płycie znalazły się inne godne uwagi utwory. Soulowa ballada Win pokazywała, na ile Bowie potrafi być wszechstronnym interpretatorem, a Fascination świetnie oddawała „czarne” funkowe inspiracje. W Somebody Up There Likes Me artysta śpiewał z żarliwością godną Jamesa Browna, a sam utwór tętniący soczystym R&B zwiastował pulsację nadciągającego disco.
Teraz słów kilka o fotografii zamieszczonej na okładce płyty. Oto po raz pierwszy w historii fonograficznych wydawnictw firmowanych przez Bowiego zniknęła jego wystylizowana androgeniczność, a w jej miejsce pojawił się spoglądający rozmarzonym wzrokiem „hollywoodzki amant”.
W recenzji dla Village Voice Robert Christgau opisał płytę jako „niemal całkowitą porażkę”. Natomiast Jon Landau z Rolling Stone chwalił utwór tytułowy i uważał, że reszta albumu działa najlepiej, gdy Bowie umiejętnie łączy soul z angielskim popem i nie opowiada się jednoznacznie za jednym lub drugim.
Po latach krytyk AllMusic, Stephen Thomas Erlewine, napisał, że płyta jest przyjemniejsza, gdy się ją odbiera jako stylistyczną przygodę. Z kolei Douglas Wolk z portalu Pitchfork uznał album za „wyraźnie przejściowy” pomiędzy poprzednim a następnym, i stwierdził: Nie ma szalonej teatralności „Diamentowych psów”, ani formalnej zuchwałości „Station To Station”. Bowie pojawia się jako artysta, który bardzo stara się pokazać, jak daleko jest nieprzewidywalny. Wolk pochwalił jednak fakt, że chociaż na listach przebojów pojawiły się wtedy hity disco, to żaden inny uznany muzyk rockowy nie próbował zrobić czegoś podobnego.
W 2013 roku brytyjski tygodnik New Musical Express umieścił album na 175. miejscu listy 500 największych albumów wszech czasów. Pomijając jednak rankingi i opinie krytyków, w Stanach Zjednoczonych właśnie dzięki Young Americans Bowie stał się gwiazdą pierwszej wielkości.

REKLAMA
REKLAMA

Dodaj komentarz

  Ustaw powiadomienia  
Powiadom o