Cudowny smarkacz

0
253
borowiec1320
REKLAMA

Od lat jego przebój La Bamba jest rozpoznawalny nawet przez najmłodszych. Oczywiście, dziś mało kto pamięta, kim był, skąd pochodził i jak nazywał się ów pierwszy wykonawca tego ponadczasowego szlagieru. Jest więc okazja, aby przypomnieć tego chłopca.
Kariera Ritchiego Valensa trwała wyjątkowo krótko. W niespełna pół roku stał się gwiazdą amerykańskiego rock’n’rolla, lansując w tym czasie trzy super przeboje. Miał wszelkie możliwości po temu, by stać się ważną postacią w historii muzyki. Niestety, stało się inaczej.
Rodzina Ritchiego przeniosła się z Meksyku do Stanów Zjednoczonych w poszukiwaniu pracy. Rodzice, jak większość, trafili do Kalifornii. Tam, w Pacoima, urodził się Richard Steven Valenzuela. Ten nader utalentowany chłopczyna od dziecka śpiewał i szybko nauczył się też grać na gitarze. Jego umiejętności pozwoliły mu wygrywać szkolne konkursy młodych talentów.
Chłopiec, którego świat poznał jako Ritchiego Valensa, był jednym z Chicanos. Tu należy wspomnieć, że Chicanos, choć zafascynowani amerykańskim rock’n’rollem, bluesem i soulem, tworzyli muzykę mocno osadzoną w tradycji meksykańskiej, z charakterystycznymi dla tej kultury melodiami i tańcami. Kilku z nich udało się odnieść sukces. To – ze względu na pochodzenie i kolor skóry – nie było wówczas łatwe. Byli wśród nich, między innymi, znany z występów w Sopocie Chris Montez oraz Chan Romeo, najsłynniejszym jednak pozostał Ritchie Valens.
Kiedy chłopiec – jako solista, a także w towarzystwie grupy The Silhouettes – występował w knajpkach Los Angeles, zauważył go Bob Keen – szef małej wytwórni Del‑Fi. Firma ta specjalizowała się w nagrywaniu rock’n’rollowych wykonawców ze szczególnym uwzględnieniem Chicanos. Keen postawił na utalentowanego nastolatka, dał mu dobrze brzmiące, artystyczne pesudo Ritchie Valens i wprowadził do studia w Hollywood.
W październiku 1958 roku ukazał się debiutancki singel Ritchiego z jego własną kompozycją Come On Let’s Go. Krążek był często emitowany w radio i dotarł do 42. pozycji na liście bestsellerów.
Po tym – jakby nie było – sukcesie Ritchie ponoć uparł się, że nagra na płytę tradycyjną meksykańską piosenkę biesiadną La Bamba. Dopiął swego, mimo że język hiszpański znał bardzo kiepsko. Piosenka trafiła na singel, na którego drugiej stronie znalazła się romantyczna ballada Donna, którą dedykował swojej dziewczynie. Singel ukazał się w grudniu 1958 roku i rozszedł się w ilości przekraczającej milion egzemplarzy. Obie piosenki szybko trafiły do pierwszej dziesiątki listy przebojów tygodnika Billboard.
Ameryka oszalała. Na fali sukcesów Valens wystąpił wówczas w popularnym telewizyjnym programie Perry Como Show, był, obok Eddiego Cochrana, jedną z atrakcji nowojorskiego Rock And Roll Show Alana Freeda, zagrał też w filmie zatytułowanym Go Johnny Go.
Niestety, nadszedł luty1959 roku. W Stanach Zjednoczonych odbywa się tournee The Winter Dance Party. W tym zimowym objazdowym zlocie obok Valensa biorą udział: Big Bopper, Dion & The Belmonts, Frankie Sardo i lider zespołu The Crickets – Buddy Holly. Po koncercie w hali Surf Ballroom w Clear Lake okazuje się, że autokar gwiazd jest niesprawny. Niektórzy postanawiają więc, że do miejsca kolejnego koncertu polecą wynajętym samolotem. Wraz z Valensem na lotnisko zabierają się: Big Bopper i Buddy Holly. Kierują się do najbliższego lotniska w Mason City. Temperatura powietrza wynosi minus 18 stopni. Wieje silny wiatr i pada śnieg. Za sterami małego samolotu Beech Bonanza, model 35, siada 21‑letni pilot Roger Peters. Samolot startuje. Jest 3 lutego, godzina około 0:30. Mija zaledwie kilka minut lotu, mniej więcej osiem mil od Mason City, w okolicach Fargo, w północnej Dakocie dochodzi do pierwszej rock’n’rollowej tragedii. Samolot rozbija się na zaśnieżonej farmie. Pilot i pasażerowie giną na miejscu.
Minęły lata, w 1987 roku odbyła się premiera filmu La Bamba, opowiadającego o życiu nastolatka i jego krótkiej karierze. Za sprawą popularnej kapeli Los Lobos największy hit znów znalazł się w czołówkach list przebojów.
Na finał jeszcze jedno. Ponoć w dzieciństwie szczątki spadającego samolotu zabiły najlepszego przyjaciela Ritchiego. Od tamtej pory nie znosił samolotów. Kilka miesięcy przed tragedią zwierzył się swojemu menadżerowi, iż ma przeczucie, że zginie w wypadku lotniczym.

REKLAMA
REKLAMA

Dodaj komentarz

  Ustaw powiadomienia  
Powiadom o