Debiut Bad Company

0
135
borowiec1423
REKLAMA

Szyld zespołu muzycy zaczerpnęli z amerykańskiego westernu z roku 1972 z Jeffem Bridgesem w roli głównej. Ciekawe jednak jest to, że z owym szyldem były pewne problemy. W 2002 roku wokalista Paul Rodgers tak wspominał: Musiałem walczyć z kierownictwem i firmą płytową, żeby zaakceptowali nazwę „Bad Company”.
Managerem Złego Towarzystwa został Peter Grant – bardzo ceniony w branży muzycznej gość, który walnie przyczynił się do tego, że kilka lat wcześniej mega kapelą stał się Led Zeppelin. Dzięki Grantowi Bad Company zaczęło nagrywać dla Swan Song – wytwórni należącej do Zeppelinów. Trzeba jednak stwierdzić, że taki stan rzeczy nastąpił głównie dzięki temu, że Grant doskonale znał i cenił dokonania Paula Rodgersa. Przy tym trzeba jednak przyznać, że w całej czwórce muzyków nie tylko Paul miał znane w świecie nazwisko.
Począwszy od lat sześćdziesiątych minionego stulecia, w muzyce rockowej funkcjonowało pojęcie supergrupa. Mianem tym określano zespoły, które zostały utworzone przez byłych członków innych znanych i cenionych bandów. Tak było w przypadku Bad Company. Kapela została założona przez wspomnianego już Paula Rodgersa – znakomitego wokalistę zespołu Free, oraz gitarzystę Micka Ralphsa – grającego wcześniej w popularnej w tamtych latach formacji Mott The Hoople. Dołączyli do nich: kumpel Rodgersa z Free, jeden z najlepszych pałkerów w historii rocka – Simon Kirke, oraz basista zespołu King Crimson – Boz Burrell. W przypadku tego ostatniego poszukiwania, a raczej przesłuchania trwały długo i – według słów Micka Ralphsa – Burrell był dopiero szesnastym basistą, który ostatecznie znalazł się na pokładzie Bad Company.
Z zawartością muzyczną debiutanckiego krążka kwartetu, dzięki radiowej Trójce, zetknąłem się latem 1974 roku. Album przypadł mi od razu do gustu, a brzmiał jak turbodoładowane Free, czyli jedna z moich ulubionych kapel. Na debiutanckiej płycie Bad Company zaprezentowało – jak to się wtedy określało – mocne heavyrockowe brzmienie. Niepowtarzalny Free sytuował się zdecydowanie bliżej bluesa. Styl Złego Towarzystwa z charakterystycznym dynamicznym śpiewem Rodgersa opierał się na ciężkich wyrazistych riffach, potężnej rockowej energii i – co bardzo istotne – solidnych kompozycjach.
Płyta została nagrana w angielskim studiu Headley Grange w listopadzie 1973 roku i przyniosła świetne numery. Oprócz tytułowego, były to bardzo dobrze sprzedające się na singlach Can’t Get Enough i Movin On oraz Rock Steady. Znalazła się tam również kompozycja Micka Ralphsa – Ready For Love, znana jeszcze z repertuaru zespołu Mott The Hoople. Dla fanów rocka była to uczta. Warto przy tym wspomnieć, że doborową stawkę muzyków wsparł między innymi pierwszorzędny saksofonista Mel Collins.
Tim Jones, dziennikarz magazynu Record Collector, współautor książki „1001 albumów muzycznych”, napisał: Na długo, zanim jego przyszli pracodawcy Queen zapracowali na swoja sławę, Rodgers był już gwiazdą rock’n’rolla (i akordeonistą) i jego pierwsze występy po rozstaniu z Free były bardzo oczekiwane. Nie rozczarował (…). Płyta może się pochwalić świetnymi piosenkami, takimi jak butna Can’t Get Enough, tętniąca Movin On, błagalna Ready For Love i ballada Seagull. Przy nagraniach Bad Company jako inżynier dźwięku pracował Ron Nevison, później wzięty producent. Kirke nagrywał w korytarzu, a wokale utworu tytułowego nagrano w nocy – dla atmosfery – na pobliskich polach. Jak przypomina sobie Rodgers, alkohol i prochy były siłą napędową zespołu, ale Bad Company jest bluesowo‑rockowym przykładem dobrej zabawy.
Z kolei Steve Clarke, dziennikarz magazynu New Musical Express, pisał o muzykach z entuzjazmem: Wszystko czego się dotkną zamienia się w złoto. Co by nie mówić, fonograficzny debiut Bad Company miał bardzo dobrą prasę, a przy tym świetnie się sprzedawał. W USA dotarł na szczyt tamtejszej listy bestsellerów i z czasem pokrył się aż pięciokrotnie platyną. W rodzimej Anglii album znalazł się na wstępie na pozycji 10. podobnego zestawienia, w następnym tygodniu dotarł do pozycji 3. i pozostawał na liście przez pół roku.
Jakiś czas temu magazyn Kerrang! w zestawieniu 100 najlepszych heavy metalowych albumów wszech czasów umieścił krążek Bad Company na pozycji 40. Ja natomiast, po niewielkim zastanowieniu, w kategorii najlepszych rockowych debiutów wszech czasów ulokowałbym tę płytę w pierwszej dwudziestce.

REKLAMA
REKLAMA
Ustaw powiadomienia
Powiadom o
0 komentarzy
Inline Feedbacks
View all comments