Debiut Papużki

0
97
REKLAMA

W czerwcu przypada 45. rocznica wydania pierwszego albumu grupy, która swoją nazwę wzięła od pewnej papużki. To niedoceniane wtedy (poza Polską i rodzimą Walią) trio zwane Budgie okazało się dość wpływowym w dziejach ciężkiego rocka.

Budgie, zwłaszcza u nas, to grupa legenda. W połowie lat siedemdziesiątych, mimo niewątpliwej atencji dla Led Zeppelin, Black Sabbath czy Deep Purple, wielu polskich nastolatków dałoby się za ten zespół pokroić. Band fascynował głośnym, potężnym brzmieniem, intrygował nazwą, a jednocześnie wzbudzał zainteresowanie swoim prowincjonalnym pochodzeniem. Trio na co dzień grało w Cardiff, a więc w jednym z miast brytyjskiej prowincji. Tym samym dla chłopców z Polski, właśnie chłopców, bo to nie była dziewczyńska muzyka, Budgie było i trochę egzotyczne, i trochę właśnie swojskie, wszak PRL był wtedy jedną wielką prowincją.
Ta walijska formacja miała u nas pokaźne grono wiernych, bardzo oddanych fanów. Sądzę nawet, że stanowili oni, zwłaszcza w zestawieniu z ogólną liczbą mieszkańców naszego kraju, najpotężniejszą rzeszę miłośników grupy w świecie. Warto przypomnieć, że w tamtych latach w Poznaniu powstał jeden z pierwszych w Polsce fan klubów w ogóle i był to oczywiście fan klub zespołu Budgie.

REKLAMA

Kiedyś Burke Shelley, basista i wokalista zespołu, na jednej z konferencji prasowych opowiedział anegdotkę o tym, że grupa z początku przyjęła nazwę Budgie Droppings. Jednak na życzenie księdza, który umożliwił jej próby w parafialnej świetlicy, skrócono ją do Budgie. Bardziej prawdopodobna wydaje się wersja gitarzysty Tony’ego Bourge’a, który twierdził, że formacja początkowo nazywała się The Six Ton Budgie. Tę wersję potwierdził też perkusista Ray Phillips. Co by nie mówić, tak po prostu, budgie to papużka falista.
Shelley tak niegdyś wspominał: Chociaż ludzie traktowali nas trochę jak żart, mi osobiście podobał się pomysł ochrzczenia zespołu Budgie. Graliśmy co prawda muzykę tak potężną i ciężką, że na pewno nie przywoływała żadnych skojarzeń z ptaszkiem pasującym raczej do dystyngowanych starszych pań. Pomysł ten mimo wszystko przemawiał do mnie. Chociaż przyznam, że dziś nie wydaje mi się już tak zabawny.

Czas na to i owo o debiutanckim albumie. Kiedy trójka muzyków z Cardiff zgłosiła się na przesłuchania do studia Rockfield, oczekiwano od nich czegoś innego, oni jednak zagrali utwory takie jak: Guts, Homicidal Suicidal i Nude Disintegrating Parachutist Woman. Tym samym przedstawili muzyczny kręgosłup przyszłego albumu. Osobą, która zorganizowała to przesłuchanie, był Roger Bain, znany realizator nagrań, który miał udział w pierwszych sukcesach zespołu Black Sabbath. Trio bardzo mu się spodobało, a on sam stał się wkrótce ojcem chrzestnym kontraktu z wytwórnią MCA i producentem debiutanckiego krążka.
Materiał zamieszczony na płycie został nagrany na setkę, czyli na żywo w studiu. To był dobry pomysł, bo w nagraniach power‑trio liczył się, jak by nie było, dość oryginalny ciężki klimat i fluidy między muzykami. Niestety, straciło na tym trochę brzmienie, ale to już inna kwestia. Muzycy mieli do dyspozycji tylko osiem śladów i cztery dni na pełną rejestrację. Ostatecznie powstało ciekawe połączenie mocno „zamulonego” brzmienia „setki” i bardziej klarownych partii dogrywanych później. Wśród ciężkich rockowych numerów na płycie znalazły się akustyczne ballady w rodzaju Everything In My Heart i You And I.
Granie na żywo wpłynęło na korzyść rozbudowanych utworów z elementami improwizacji, takich jak The Author, Rape Of The Locks czy te, które zabrzmiały na pierwszym przesłuchaniu.

Budgie na debiutanckim krążku wprowadziło kilka istotnych elementów, z których miały czerpać przyszłe pokolenia metalowców. Ot, dla przykładu, utwór Rape Of The Locks. Niby dominuje w nim kroczący bluesowy bas, a jednak trudno nie zauważyć pozawijanych solówek, zmian rytmu i tempa oraz akcentów, które towarzyszą wprowadzeniu nowego riffu.
Poza otwierającym płytę utworem Guts szczególną wartość, przynajmniej dla mnie, mają wspomniane: Parachutist Woman ze znakomitym gitarowo‑wokalnym unisono oraz pełen drapieżnej energii Homicidal Suicidal.
Budgie od chwili powstania w 1968 roku grało zawsze ciężko. Shelley przyznawał: Nie miało znaczenia, co braliśmy na warsztat. Zawsze wychodziło nam coś hałaśliwego i ciężkiego. Inaczej nie potrafiliśmy. Gdy ukazywała się pierwsza płyta, niestety, było już po wydaniu kilku fundamentalnych albumów w historii ciężkiego rocka. Zapewne właśnie dlatego w zespole, w gruncie rzeczy niesprawiedliwie, widziano li tylko naśladowców Led Zeppelin i Black Sabbath.

REKLAMA

Ustaw powiadomienia
Powiadom o
0 komentarzy
Inline Feedbacks
View all comments