Debiutancki album EL&P

0
54
REKLAMA

Fonograf - Emerson Lake & PalmerPięćdziesiąt lat temu, 20 listopada, wydany został pierwszy album tria Emerson Lake & Palmer. Krążek ten od lat uchodzi za jeden z najważniejszych rockowych debiutów, przy czym ma też renomę jednego z najbardziej wartościowych wydawnictw w historii gatunku.
Trio Emerson Lake & Palmer zadebiutowało w sierpniu 1970 roku koncertem w Plymouth. Kilka dni później wystąpiło przed ponad 400-tysięcznym audytorium podczas słynnego festiwalu na wyspie Wight.

Gdy ogląda się tamten występ, trudno oprzeć się wrażeniu, że Keith Emerson był nie tylko wirtuozem, ale też muzykiem o upodobaniach do scenicznych ekstrawagancji. Co by jednak nie mówić, na kartach historii rocka zapisał się jako wybitny klawiszowiec. Wcześniej był współzałożycielem The Nice, jednego z pierwszych zespołów eksperymentujących z rockiem i muzyką klasyczną. Dziś, kiedy mówi się o muzyce progresywnej, należy pamiętać, że The Nice byli prekursorami tego gatunku. Po rozwiązaniu The Nice, Emerson wraz z Gregiem Lake’m oraz Carlem Palmerem założył jedną z najsłynniejszych grup w historii rocka.
Greg Lake, zanim znalazł się w składzie tego legendarnego trio, nagrał z zespołem King Crimson In The Court Of The Crimson King (1969) oraz In The Wake of Poseidon (1970). To albumy, które od dawna należą do rockowej klasyki.
Perkusista Carl Palmer natomiast, grający wcześniej w zespołach Crazy World of Arthur Brown, Thunderbirds Chrisa Farlowe’a oraz Atomic Rooster, uchodził w tej trójce, co zresztą ciekawe, za muzyka najbardziej doświadczonego.

REKLAMA

Minęło pół wieku i kiedy dziś myślę o debiutanckiej płycie tria to przede wszystkim wracają do mnie kompozycje Grega Lake’a – moja ulubiona, piękna Take A Pebble i ta najbardziej znana – z „klasycznym” gitarowym intro artysty – Lucky Man (do której jeszcze powrócę). Czysty, młody głos Lake’a nadawał tym utworom uroku, podobnie jak jego solidna, a zarazem subtelna gra na gitarze. Przy tym również jego umiejętności kompozytorskie zyskały stosowne uznanie.
Pierwszy krążek tria pozostaje równie efektowny i nie mniej błyskotliwy jak koncert z festiwalu na wyspie Wight. Ukazał ogromne możliwości tkwiące w muzykach, demonstrując zarazem ich znakomite przygotowanie techniczne. Materiał, który go wypełnił był rejestrowany od lipca do września 1970 roku w Advision Studios w Londynie. W Wielkiej Brytanii album uplasował się na pozycji czwartej tamtejszej listy bestsellerów, w USA (wydany 1 stycznia 1971 roku) dotarł do miejsca 18.
Autorem okładki był brytyjski artysta Nic Dartnell. Mówiło się, że jego obraz był pierwotnie przeznaczony dla amerykańskiej grupy Spirit, a łysy mężczyzna po lewej stronie okładki to perkusista tej formacji, Ed Cassidy. Dartnell jednak skutecznie rozwiał te plotki, twierdząc, że stworzył podobne, ale jednak dwie odrębne kompozycje.
Album otwierał utwór The Barbarian, podpisany co prawda nazwiskami członków zespołu, ale opierający się na Allegro Barbaro napisanym przez węgierskiego kompozytora Bélę Bartóka. W interpretacji zespołu za sprawą sekcji rytmicznej (z przesterowanym basem) i dzięki popisom Emersona na organach odznaczał się jednak prawdziwie rockowym wyrazem.

Wspomniana kompozycja Take A Pebble była w pełni autorska Ten najdłuższy z utworów, wyróżniał się rozbudowanymi popisami Emersona o jazzrockowej proweniencji, oraz folkową wstawką Lake’a na gitarze akustycznej. Był to jeden z zaledwie trzech utworów, w których pojawiała się partia wokalna, bo ponoć Lake nie zdążył napisać więcej tekstów. Cały materiał zresztą, powstawał w pewnym pośpiechu, stąd (być może) tyle zapożyczeń, z którymi mamy do czynienia w Knife-Edge, częściowo opartym na kompozycjach Sinfonietta Leoša Janáčka oraz pierwszej ze Suit francuskich (d-moll) Jana Sebastiana Bacha. Niemniej jednak, była to kolejna wokalna kompozycja łącząca zadziorne brzmienie ze zgrabną melodią.

W będącej trzyczęściową quasi suitą – The Three Fates Emerson wcielał się w kompozytora sięgającego od muzyki baroku po jazz, a z kolei Tank stanowił dzieło z klawinetem, fortepianem i syntezatorem Mooga oraz perkusyjną solówką Carla Palmera w części środkowej.
Dlaczego jednak debiutancka płyta tria kończyła się balladą Lucky Man? Otóż, pierwotnie była za krótka. Według umowy miała trwać minimum 40 minut. Okazało się, że zarejestrowanego materiału jest za mało i trzeba go uzupełnić. Greg Lake „odkurzył” zatem piosenkę, którą napisał w wieku niespełna trzynastu lat (sic!). Keith Emerson ozdobił ją niezwykłą syntezatorową kodą i tak, dość przypadkowo, światło dzienne ujrzał jeden z najsłynniejszych utworów grupy.

REKLAMA

Dodaj komentarz

  Ustaw powiadomienia  
Powiadom o