Deep Purple w Krakowie

0
342

3 grudnia w Arenie Kraków odbył się kolejny koncert legendy hard rocka. To był bardzo solidny występ, szkoda tylko, że zdecydowanie krótszy od tych sprzed lat.

Może dziwić fakt, że ilekroć Deep Purple koncertuje w Polsce, tylekroć czyni to przy wypełnionych widowniach. Z drugiej jednak strony grono fanów zespołu jest wciąż ogromne. W Krakowie można było zobaczyć przybyłych na koncert starszych panów o laskach, ale też brzdąców z tatusiami. Tu krótka historyjka. Przed koncertem gawędzę sobie w hallu ze znajomymi. W pewnym momencie zwracamy uwagę na stojącego obok ojca z synami. Jeden z nich ma bodaj siedem lat, drugi może dziesięć. Na nasze słowa, że to fajnie, gdy tato funduje swoim chłopcom spotkanie z hardrockową legendą, ojciec odpowiada: panowie, ten młodszy jest drugi raz na koncercie Deep Purple, a starszy już trzeci.
W nawiązaniu do wieku fanów, podczas koncertu supportującej gwiazdę wieczoru kanadyjskiej grupy Monster Truck, nachodzi mnie (po raz kolejny w ostatnich latach) poczucie żalu, że nie było mi dane oglądać Purpury w czasie, gdy jej muzycy byli w wieku gości z Monster Truck. Gdy kipieli młodzieńczą energią, zdumiewali muzyczno-brzmieniowymi pomysłami, porywali powerem i sceniczną radością. Tu oczywiście ślę ukłon w stronę Kanadyjczyków, ale też wcale nie ujmuję „Purplom”, którzy udowodnili w Krakowie, że mimo lat (łącznie 355) wciąż im się chce.
Przechodzę jednak do koncertu. Jego pierwszą część w dużym stopniu sam sobie popsułem. Wyjaśniam dlaczego. Otóż zawsze na tego rodzaju wydarzenia zabieram mojego „bojowego” Nikona z dużym zoomem. Tym razem też tak było, tyle tylko, że bateria została w domu, w ładowarce. Myślałem, że mnie skręci, bo przecież smartfonem to… sobie można. No, ale do rzeczy.
Jak to zwykle czynię, także i tym razem wydrukowałem setlistę z ostatnich występów grupy. Okazało się, że październikowe koncerty w USA i kolejny grudniowy w Klagenfurcie były oparte na tym samym zestawie utworów. W Krakowie było identycznie, tyle tylko, że znalazło się miejsce na ujmujący akcent polski, o którym za chwilę.
Na początek wieczoru rozbrzmiewa Highway Star, a zaraz potem Pictures Of Home. Właściwie wszystko się zgadza, choć można odnieść wrażenie, że Gillan nie jest jeszcze rozgrzany. Czym jednak dalej, tym jest lepiej. Klasyki w postaci Bloodsucker i Demon’s Eye brzmią całkiem solidnie. Po nich zostają wykonane Sometimes I Feel Like Screaming, z Gloverem i Morsem w chórkach, oraz Uncommon Man. Ogólnie jest naprawdę dobrze, ale dopiero przy siódmym utworze – Lazy stwierdzam, że jest bardzo dobrze, i świetnie naoliwiona lokomotywa sunie pełną parą. Co ciekawe, Lazy nigdy nie należał do grona moich faworytów, ale tu brzmi porywająco. Paice, Airey i Morse „jadą” wybornie, a grający na harmonijce ustnej Gillan w czapce świętego Mikołaja dodaje całości teatralnego kolorytu. Po prostu, brawo!
Potem brzmi fajny riffowiec Time For Bedlam (jedyny z ostatniej płyty InFinite) i wreszcie czas na… polskie klimaty. Następuje świetne solo Dona Aireya na klawiszach. Muzyk udowadnia, że jest znakomitym artystą, od lat godnie zastępującym Johna Lorda. Szczególny aplauz następuje, gdy brzmią cytaty z muzyki Chopina z Etiudą Rewolucyjną i Polonezem As-dur na czele oraz uroczo zaserwowany fragment Mazurka Dąbrowskiego. Tak sobie myślę i wcale nie idzie mi tu o moją polską duszę, że gra Aireya jest dla zespołu bardzo ważnym, a zarazem niezwykle szlachetnym spoiwem.
Dalej następuje kolejny koncertowy killer w postaci Perfect Strangers. Widownia szaleje. Temperatura jeszcze bardziej rośnie (o ile to możliwe), gdy rozbrzmiewa Space Truckin’ a na ekranie pojawiają się kosmiczne pejzaże. Trzeba tu przyznać, że godne uznania są te fragmenty, które niegdyś Gillan fenomenalnie wykonywał w górnych rejestrach, a dziś zastępuje go w tych miejscach gitara Morse’a. Bardzo rozsądnie.
Na koniec zasadniczej części koncertu wyświetlony zostaje hotel nad jeziorem, ogień i dymy. Rusza nieśmiertelny Smoke On The Water. Gdy wybrzmiewa, wiadomo, że będzie bis.
Zespół nie karze na siebie długo czekać. Najpierw serwuje Hush, potem jest miejsce na basowe solo Glovera i wreszcie na wieńczący całość, singlowy przebój – Black Night. Wszystko wykonane ze smakiem i hardrockową jędrnością. Szkoda, że ten trwający niecałe 100 minut koncert dobiega końca. Cóż, trzeba wybaczyć starszym panom, mają przecież prawo być zmęczeni. Mimo to, widownia jest bardzo ukontentowana.
I jeszcze jedno. Pożegnalna trasa Deep Purple wcale się nie kończy. W październiku przyszłego roku band zagra w łódzkiej Atlas Arenie. Jestem absolutnie przekonany, że ten koncert warto będzie zobaczyć.

Dodaj komentarz

  Ustaw powiadomienia  
Powiadom o