Dusza Stonesów

0
103
REKLAMA

Lewis Brian Hopkins-Jones, podobnie jak Mick Jagger i Keith Richards, pochodził z tzw. klasy średniej, jego ojciec był inżynierem lotniczym. Urodził się 28 lutego 1942 roku w niewielkiej uzdrowiskowo-wypoczynkowej miejscowości Cheltenham.
Jeszcze jako smarkacz miał ambicje, by zostać osobą o sławie światowej. Był jednak odmieńcem, dzieciakiem wyalienowanym i sfrustrowanym. Ponoć w szkole był obiektem regularnych zaczepek i złośliwych żartów ze strony rówieśników. Był niski i bardzo kiepsko radził sobie w grach zespołowych. Jedynym sportem, który go fascynował, były skoki do wody. Miał sporo kompleksów i leczył je w mocno nieodpowiedzialny sposób. Był jeszcze w szkole, kiedy jego czternastoletnia przyjaciółka zaszła z nim w ciążę. Dziecko zostało adoptowane, ale dla rodziny i całego otoczenia był to prawdziwy szok. Brian usidlał dziewczyny, grając świetnie rolę kolesia wrażliwego, skrzywdzonego i niezrozumianego przez otoczenie. Trzeba podkreślić, że nawet wtedy, gdy stał się jednym z najsłynniejszych ludzi w świecie muzyki, z postawy tej nie zrezygnował. Nie miał jeszcze dwudziestu lat, gdy siostra jednej z jego licznych przyjaciółek powiła mu syna.
Po skończeniu szkoły w Cheltenham, dzięki całkiem dobrym ocenom Jones mógłby bez przeszkód dostać się na uniwersytet. Dyrekcja szkoły wystawiła mu jednak fatalną, acz niewątpliwie zasłużoną opinię. To wykluczało przyjęcie na wyższą uczelnię.
Jeśli chodzi o zdolności muzyczne to – jak twierdzili jego bliscy – Brian przejawiał je od najmłodszych lat. Naukę gry na pianinie rozpoczął w wieku sześciu lat. Jako dwunastolatek dołączył do orkiestry szkolnej i nauczył się grać na klarnecie. Na punkcie muzyki całkiem oszalał, gdy zobaczył występ Chris Barber’s Jazz Band. Po występie dopadł Alexisa Kornera, a ten pomógł mu. Entuzjasta bluesa znalazł się w Londynie. Tam po pewnym czasie przyszedł do jego zespołu Mick Jagger, który jako warunek wspólnego muzykowania postawił przyjęcie Keitha Richardsa. Tak to się zaczęło. Skończyło się po siedmiu latach – wiosną 1969 roku.
Bil Wyman, ówczesny basista The Stones, tak pisał po śmierci muzyka: Brian miał styl i pomimo tego, jaki był pod koniec życia, zrobił więcej niż inni dla rozpowszechnienia stylu hippie. Grał cholernie dobrze na gitarze szyjką od butelki na długo przed tym, kiedy ktoś w Anglii w ogóle wiedział, o co w tym chodzi. Był prawdopodobnie lepszym, bardziej naturalnym muzykiem niż my wszyscy razem wzięci.
W połowie lat 60. Jones, Jagger i Richards doskonale odpowiadali lansowanemu przez media wizerunkowi niegrzecznych chłopców. Zważywszy jednak na wszystkie wcześniejsze „dokonania” tej trójki, z całą pewnością można stwierdzić, że w pierwszym okresie działalności grupy to właśnie Brian był najbardziej niegrzecznym kolesiem. Ponoć kiedyś Keith Richards powiedział do niego: Stary, ty nigdy nie dociągniesz do trzydziestki, na co Brian odpowiedział po prostu: Wiem.
Z biegiem lat ten pomysłodawca nazwy zespołu i pierwszy lider Stonesów, zaczął oddalać się od kumpli. Kupił sobie farmę, na której A. Milne napisał Kubusia Puchatka. Tam z upodobaniem i sporą regularnością oddawał się orgiastycznym imprezom. Na tragiczny finał takiego trybu życia nie trzeba było długo czekać. Utonął we własnym basenie w nocy z 2 na 3 lipca 1969 roku. Tuż przed tragiczną śmiercią został usunięty z zespołu, a następnego dnia po jego śmierci ukazał się nowy singel Stonesów, zawierający znakomite kawałki Honky Tonk Woman i You Can’t Always Get What You Want.
Wkrótce po odejściu Briana w zaświaty Stonesi poświęcili mu największy koncert w całej wcześniejszej historii rocka (trzeba pamiętać, że Woodstock oraz festiwal na wyspie Wight z 1970 roku miały miejsce później). Zorganizowany ku pamięci Jonesa występ zgromadził w londyńskim Hyde Parku dziesiątki tysięcy widzów. Przybyli na koncert z wielogodzinnym wyprzedzeniem. Przyozdobieni w paciorki, chusty i biżuterię brzdąkali na gitarach i grali na bębnach. Bill Wyman twierdził po latach, że wszystko to wyglądało jak hippisowskie niebo.
Tego dnia, oprócz Stonesów, na scenie pojawiły się zespoły, takie jak: New Church wspomnianego Alexisa Kornera, Family, Screw, a przede wszystkim nowo założony wtedy King Crimson.
W miesiąc po śmierci Briana magazyn Rolling Stone napisał: Jeśli uznamy, że Keith i Mick stanowili umysł i ciało The Stones, to Brian był niewątpliwie duszą.

REKLAMA
REKLAMA

Dodaj komentarz

  Ustaw powiadomienia  
Powiadom o