Dylan – kaznodzieja rockandrolla

0
98
Bob-Dylan
REKLAMA

Bob Dylan nigdy nie ukończył uniwersytetu, wielokrotnie jednak otrzymał tytuł doctora honoris causa szanowanych uczelni, w swojej karierze zdobywał też prestiżowe nagrody muzyczne i literackie. Siedem razy nagradzany był statuetką Grammy. W 2000 zdobył Oskara w kategorii najlepsza piosenka za Things Have Changed z filmu Wonder Boys. Był też kilkakrotnie nominowany do Literackiej Nagrody Nobla. W roku 1988 został wprowadzony do Rockandrollowego Panteonu Sław.
Kiedy patrzy się na historię dokonań artysty, to jednym z najbardziej brzemiennych w skutki był jego występ w 1965 roku podczas Newport Folk Festival. Dylan, uchodzący wówczas za artystę folkowego, zbulwersował Amerykanów, występując z elektryczną grupą rockową. To było niedopuszczalne dla ortodoksyjnych wyznawców folka. Artysta został wygwizdany. Legenda głosi, że guru muzyki folk – Pete Seeger, wtargnął podczas występu na scenę z siekierą, usiłując poprzecinać kable od gitar. Dylan się tym jednak nie przejął. Co więcej, od tamtej pory amerykański folk zaczął iść jego „elektryczną drogą”.
Dylan nie tylko zaskakiwał świat muzycznie, potrafił zdumiewać również swoimi ideowymi deklaracjami. Ten uwielbiający wysokoprocentowe trunki, niepoprawny kobieciarz potrafił też jawić się jako misjonarz. To nie przesada i – jak czas pokazał – też nie sztuczna, wymyślona dla mediów poza artysty. Ot, po prostu, tak chciał, tak uważał, tak robił.
Na początku kariery Dylan był zaciekłym bojownikiem o sprawiedliwość społeczną, buntownikiem walczącym z amerykańskim establishmentem, ale również – jak choćby w sztandarowym Blowin’ In The Wind – poetą stawiającym pytania o miarę człowieczeństwa w świecie zobojętniałym na zło.
W końcu lat 70. artysta zaszokował świat swoją przemianą w duchu Ewangelii. Wielu zarzucało mu, że jako żyd z dziada pradziada kombinuje wyłącznie na użytek mediów.
W 1978 roku artysta w towarzystwie swojej ówczesnej dziewczyny Mary Alice Artel odwiedził niewielką wspólnotę Vineyard Fellowship w Hollywood. Mary poprosiła dwóch duchownych tego Kościoła o spotkanie z Dylanem. Rezultat tego spotkania wprawił w osłupienie całe środowisko rockandrollowe. – Jezus jest rzeczywisty – stwierdzał Dylan i dodawał: chciałem tego, pogłębiało się to we mnie, aż wreszcie doznałem tego uczucia, tej wizji, że narodziłem się powtórnie (…) Narodzić się pierwszy raz, czyli kiedy człowiek przychodzi na świat, to narodzić się z ducha, który jest z dołu. Jest to duch, z którym się rodzimy. Narodzić się powtórnie to narodzić się z ducha, który jest z góry, a to trochę co innego. Efektem tej przemiany stały się trzy kolejne płyty: Slow Train Coming, Saved i Shot Of Love, które nazwano „trylogią powtórnie narodzonego”.
Biblijne zainteresowania Dylana znajdowały swój wyraz już na płytach wcześniejszych, takich jak choćby John Wesley Harding z 1968 roku. O krążku tym artysta powiedział, że to pierwszy biblijny album rockowy. Trzeba jednak podkreślić, że płyta ta, tak jak i wszystkie dokonania artysty sprzed 1978 roku, podlegała różnorakim interpretacjom. W przypadku Slow Train Comming można było mówić o jednej interpretacji – chrześcijańskiej. Kontynuacją płyty był album Saved. Artysta wyartykułował tu prawdę o potrzebie pokuty, czyniąc to językiem jasnym i zrozumiałym. Zamykający trylogię krążek nosił tytuł Shot Of Love. To płyta najdojrzalsza w tym cyklu, pozbawiona wcześniejszej kaznodziejskiej retoryki.
Dylan, mimo duchowych inspiracji zawartych w późniejszych albumach (w tym moim ulubionym Oh Mercy), nie lubi mówić o swojej twórczości w kontekście religijnym. Uważa, że Chrystus nie przybył na świat, by zakładać religię, lecz po to, by ludzie poznali Boga i mogli go czcić w swoim codziennym życiu.
Artysta od dawna wykonuje podczas występów swoje chrześcijańskie kawałki, 15 lat temu zagrał koncert dla Jana Pawła II.
W 2004 roku 172 dziennikarzy, muzyków oraz przedstawicieli branży muzycznej, skupionych wokół prestiżowego pisma Rolling Stone, uznało dylanowski utwór Like A Rolling Stone za największy numer w historii rocka. A kiedy wertuje się rockandrollowe encyklopedie, to okazuje się, że w każdej z nich najobszerniejszym hasłem jest Bob Dylan.

REKLAMA
REKLAMA

Dodaj komentarz

  Ustaw powiadomienia  
Powiadom o