Dyskoteki sprzed lat

0
191
borowiec1652
REKLAMA

Jedna z pierwszych dyskotek w świecie, zdaniem krytyka i felietonisty muzycznego – Romana Waschko, mieściła się w ekskluzywnym paryskim klubie Chez Regine, gdzie w 1962 roku tańczono przy muzyce „puszczanej” z płyt. W Polsce pierwszy taki lokal, słynny sopocki Non Stop, powstał w roku 1970 za sprawą „ojca polskiego rockandrolla” – Franciszka Walickiego. Wkrótce po tym wydarzeniu nastąpił u nas czas dyskotekowego boomu. Od Bałtyku po Tatry dyskoteki powstawały jak grzyby po deszczu. Kluby, restauracje, domy kultury, a nawet remizy strażackie przystosowywano „na chybcika” tak, by dało się w nich urządzać imprezy disco. W gruncie rzeczy zdecydowana większość tych przedsięwzięć miała z prawdziwą dyskoteką tyle wspólnego, ile stodoła z elegancką willą. Zresztą, o ile pamiętam, tylko jedna stodoła uchodziła wtedy w Polsce za prawdziwą dyskoteką – warszawki klub „Stodoła”.
Potrzeba dyskotekowych zabaw była w tamtych latach przeogromna, dlatego też powszechnie stosowano rozwiązania zastępcze, czyli: byle jak, byle gdzie, byleby coś grało przy byle jakich światłach. Owszem, w dużych miastach były także lokale z prawdziwego zdarzenia, z dobrym didżejem (nazywanym wtedy disc‑jockeyem) i dobrą aparaturą, stanowiły jednak ilościowy ułamek.
W roku 1974 dyskotek zarejestrowanych w Polsce było ponad tysiąc. Niemało, ale w znacznie mniejszej NRD było ich ponad dwa tysiące. Obliczono, że przez polskie dyskoteki przewijało się wówczas ponad trzydzieści milionów osób rocznie.
W tamtych latach didżeja nazywało się też bardziej oficjalnie prezenterem, ale dotyczyło to raczej osób „nakręcających” ekskluzywne dyskoteki. Prezenter, zwłaszcza „z papierem”, był osobą ważną. W latach 70. i 80. funkcjonowała w Polsce Krajowa Rada Prezenterów Dyskotek, która weryfikowała kandydatów na prezenterów i przyznawała im odpowiednie kategorie. Adam Halber, prezenter kategorii „S” i przewodniczący Rady, tak się wypowiadał: Praca prezentera uchodzi na ogół za czynność mechaniczną, czyli zmienianie płyt. Tymczasem idealny prezenter ma nie tylko bawić, bo to niewątpliwie jest głównym jego zadaniem, lecz także ma wyrabiać gusta muzyczne masowego odbiorcy i podnosić kulturę bycia.
Bogiem a prawdą, tylko nieliczni disc‑jockeye posiedli wymagane uprawnienia. Najzwyczajniej wielu z nich nie miało na ich uzyskanie czasu, bo prowadzenie zabaw dyskotekowych traktowali jako zajęcie dodatkowe. Jednak z uprawnieniami czy bez ten, kto zyskał sympatię i autorytet disco‑bywalców, mógł kształtować muzyczne gusta. Ba, mógł lansować utwory, bo publiczność mająca doń zaufanie wierzyła, że utwór opatrzony etykietką „dobry” jest rzeczywiście dobry. Prezenter w tamtych czasach był kimś na kogo z jednej strony patrzyło się z podziwem, jak na mistrza ceremonii, z drugiej zaś z zazdrością, bo na ogół dziewczyny się nim zachwycały.
Prawdziwe uprawianie prezenterstwa wymagało sporych nakładów finansowych. Płyty z zachodnimi hitami były drogie i trudno dostępne, a profesjonalne konsolety kosztowały krocie. Trzeba jednak przyznać, że dobre dyskoteki spotkać można było i w mniejszych od Warszawy czy Trójmiasta miejscowościach.
W Tarnowie solidna dyskoteka mieściła się w klubie Syrena, były to chyba lata 1973‑74. Obsługiwał ją profesjonalny muzyk – Jan Ożga. Jako smarkacz dzięki rodzinnym koneksjom podpatrywałem ten disco‑świat z wypasioną zachodnią konsoletą z profesjonalnymi gramofonami firmy Gerhard. Całość, jak pamiętam, obita była beżowym skóropodobnym materiałem, a do tego w rytm muzyki pulsowały kolorowe światła. Dla małolata była to magia.
Inne dyskoteki nie były tak wyposażone. Korzystało się w nich rzadziej z płyt, a częściej z taśm magnetofonowych . Używało się marnych wzmacniaczy i często rzężących kolumn głośnikowych. Nie zmienia to jednak faktu, że Starówka, tarnowski amfiteatr (zwany wtedy „amfikiem”), tarnowskie domy kultury, a nawet mieszcząca się w Parku Strzeleckim harcówka wabiły dyskotekowymi klimatami.
W tamtej Polsce dyskoteka była dla nastolatków bodaj najatrakcyjniejszą formą rozrywki, z którą konkurować mogło jedynie kino. Dlaczego? No cóż, obie te formy proponowały świat odmienny od tego codziennego. Na dyskotekowym parkiecie, tańcząc nawet przy blasku kiepskich świateł, można było na swój sposób odreagować dookólną szarzyznę i uciec, choćby na kilka godzin, w inną, zdecydowanie barwniejszą przestrzeń.

REKLAMA
REKLAMA

Dodaj komentarz

  Ustaw powiadomienia  
Powiadom o