Fonograficzny debiut Rainbow

0
1351

4 sierpnia 1975 roku wydany został album Ritchie Blackmore’s Rainbow. Krążek stał się jednym z najlepszych rockowych debiutów tamtej dekady i zasłużenie trafił do grona legendarnych płyt rocka.

Historia zespołu Rainbow zaczęła się, gdy gitarzysta Deep Purple – Ritchie Blackmore spotkał w 1972 roku amerykańską grupę Elf z rewelacyjnym wokalistą Ronniem Jamesem Dio. Od tego czasu Elf towarzyszył „Purplom” podczas tras koncertowych w roli supportu, a „purpuraci” pomagali mu wydawać płyty.
Ritchie „przygarnął” prawie cały skład bandu (oprócz gitarzysty oczywiście) i zmontował z nim album Ritchie Blackmore’s Rainbow. Według pierwotnych planów miał to być solowy krążek Blackomore’a, a dopiero później wykrystalizowała się nazwa Rainbow, zainspirowana popularnym w rockowym środowisku Rainbow Bar & Grill przy Sunset Strip w Hollywood.
Początkowo, w grudniu 1974 roku, podczas sesji rejestrowanych z udziałem wiolonczelisty Electric Light Orchestra – Hugh McDowellem, w Tampa Bay na Florydzie, planowano nagranie jedynie singla z coverem utworu grupy Quatermass z 1970 roku – Black Sheep Of The Family na stronie A oraz kompozycją Sixteenth Century Greensleeves, która miała wypełnić stronę B.

REKLAMA

Podczas pracy nad singlem Ritchie zastanawiał się, czy nie warto nagrać całego albumu i z taką też propozycją zwrócił się do Ronniego.
Materiał, który wypełnił album został zeresjtrowany w lutym i marcu 1975 roku, w Musicland Studios w Monachium. Oprócz Blackmore’a i Dio wzięli w nich udział członkowie Elf, czyli klawiszowiec Micky Lee Soule, basista Craig Gruber oraz perkusista Gary Driscoll.
Album wypełniła muzyka trwająca zaledwie nieco ponad pół godziny i zawierająca dwa covery. Mogło to sprawiać wrażenie, że Dio z Blackmorem (główni autorzy repertuaru) specjalnie się nie przepracowali. Nie w ilości jednak, a w jakości tkwiła siła. Album był powszechnie chwalony za zawartość liryczną, przypominającą heroiczne opowieści fantasy (zasługa Dio) oraz innowacyjny styl rockowy.
Pamiętam, że kiedy oryginalny winyl trafił w moje ręce, zaintrygowała mnie jego okładka z baśniowym zamkiem, którego najwyższa z wież (w kształcie gryfu gitary) wydawała się sięgać nieba. Gdy odtworzyłem płytę okazało się, że muzyka nań zawarta jest równie zachwycająca.

Po otwierającym Man On The Silver Mountain z wszech obecną gitarą Blackmore’a i zadziornym wokalem Dio, następowała klimatyczna ballada Self Portrait. Potem brzmiał przebojowy numer Black Sheep Of The Family. Tu warto wspomnieć, że wcześniej, mimo zachodów Ritchiego, muzycy Deep Purple nie chcieli go włączyć do swojego repertuaru.
Drugą stronę winyla otwierał Snake Charmer, numer nieco zakręcony, ale z wyrazistym motywem basu. Po nim brzmiał bazujący na akustycznym, wzbogaconym melotronem brzmieniu – The Temple Of King. Numer uwodził zwrotami melodycznymi i rewelacyjnym śpiewem Dio. Jego tekst, o swoiście religijnej wymowie, interpretowano jako opowieść o Chrystusie.
Dalej następowała If You Don’t Like Rock And Roll – wesoła piosenka, jak chcą niektórzy, taka od czapy, mnie jednak nigdy nie przeszkadzała. Po riffowym utworze Sixteen Century Greensleeves, z przyjemnie bujającym basem i mocnymi bębnami, następował finał w postaci Still I’m Sad. Był to instrumentalny cover piosenki The Yardbirds z albumu Have a Rave Up with The Yardbirds (1965). Warto przy tym wspomnieć, że jego wersja wokalna (lepsza) pojawiła się na albumie koncertowym Rainbow On Stage.

Na koniec słów kilka o zamykającym pierwszą stronę winylowej płyty, porywającym utworze Catch The Rainbow. Autorzy nadali mu niezwykłą, nieco odrealnioną, romantyczną atmosferę ze „średniowiecznym” tekstem o romansie stajennego i kobiety z wyższych sfer, którzy nigdy nie będą razem. Gdy wieczór zapadnie, / ona przybiegnie do mnie. / Jak najskrytsze marzenia, / których nie widzisz. / Delikatnie i ciepło / muśnie mą twarz, / niczym koronka słomiane łoże. / Wierzyliśmy, że schwytamy tęczę. / Gnani wiatrem ku słońcu / pożeglujemy cudownymi statkami. / Lecz życie to nie koło / z łańcuchami ze stali. / Zatem pobłogosław mnie nadchodzący świcie. / Nadejdź świcie, nadejdź…
Ten niezwykły utwór pokazał, jak można zagrać i zaśpiewać lirycznie bez melodramatycznej aury. Dla mnie kompozycja ta, mimo że jest balladą, ma ponadczasowy power, porywającą rockową dramaturgię i niezmienny, iście magiczny urok, które stawiają ją w czołówce moich ulubionych numerów wszech czasów. Śmiem twierdzić, że gdyby płyta zawierała tylko Catch The Rainbow, a poza nią jedynie rockowe wypełniacze, też przeszłaby do historii rocka.

REKLAMA

Dodaj komentarz

  Ustaw powiadomienia  
Powiadom o