Freddie i jego legenda

0
34
borowiec1836
REKLAMA

Za dwa miesiące planowana jest światowa premiera filmu fabularnego opowiadającego dzieje zespołu Queen ze szczególnym uwzględnieniem postaci Mercury’ego. W tym obrazie zatytułowanym Bohemian Rhapsody w roli głównej został obsadzony Rami Malek znany z kinowej produkcji Noc w muzeum. Nawiasem mówiąc, wierzyć się nie chce, że czas płynie aż tak szybko i że premierowy pokaz odbędzie się tuż przed 27 rocznicą śmierci artysty.
Po raz pierwszy usłyszałem Mercury’ego w Polskim Radiu latem 1974 roku. Pamiętam, że kawałek Seven Seas Of Rhye (wydany jeszcze na pierwszym dużym krążku zespołu) spodobał mi się na tyle, że nagrałem go sobie na „szpulę”. Moją uwagę wzbudziła dynamicznie grająca kapela i dość dziwnie brzmiący wokalista o niezwykłych możliwościach. Po tym numerze pilnie śledziłem, co Freddie i jego kumple z zespołu mają nowego do zaoferowania.
Farrokh Bulsara, bo tak brzmi jego prawdziwe imię i nazwisko, urodził się na egzotycznej afrykańskiej wyspie Zanzibar w rodzinie pochodzącego z Indii brytyjskiego dyplomaty. Dzieciństwo spędził w Bombaju, a dopiero po przeprowadzce znalazł się w Londynie, gdzie studiował grafikę w Ealing College of Art. O swoich doświadczeniach z tamtego okresu tak mówił: Szkoła artystyczna wyrabia w tobie świadomość stylu, sprawia, że jesteś zawsze o krok przed innymi. I rzeczywiście Freddie był przed innymi. O jego niezwykłej wyobraźni świadczyło bogactwo scenografii koncertów, niezwykłe, jak na tamte czasy, teledyski i, co oczywiste, intrygujący image. Potrafił w mistrzowski sposób mieszać kicz z projektami o wyrafinowanej estetyce. Podobne cechy posiadał wystrój jego trzypiętrowego domu w londyńskiej dzielnicy Kensington.
W muzyce Freddie pojawił się właściwie znikąd. Został przyjęty na próbę do zespołu Smile, którym kierowali Brian May i Roger Taylor. May po latach tak dzielił się wrażeniami dotyczącymi Mercury’ego: Pierwsze, co zapamiętałem po spotkaniu z nim, było to, że wyglądał jak Cygan. Innym razem, a propos fascynacji muzycznych Freddie’go, May opowiadał: Zaprosił mnie kiedyś do domu, gdzie miał niewielki zestaw stereofoniczny. Puścił Hendrixa. Powiedział, że Hendrix robi znakomity użytek ze stereo i biegaliśmy od jednego głośnika do drugiego, próbując dociec, w jaki sposób Hendrix uzyskiwał te wszystkie dźwięki.
W latach siedemdziesiątych Mercury zgodnie z obowiązującym stylem był długowłosym facetem. Dopiero w końcu tamtej dekady zmienił image, ściął włosy i zapuścił wąsy. Nie od razu przypadło to do gustu fanom kapeli, co więcej, coraz częściej zaczęto mówić, że Freddie nie jest heteroseksualistą. On sam, mimo że nie obwieszczał światu swoich tajemnic, ów stan potwierdzał, jak choćby w teledysku I Want To Break Free, w którym wystąpił przebrany za gospodynię domową. Mniejsza jednak o jego upodobania seksualne.
Był znakomitym frontmanem, który podczas koncertów porywał tysiące fanów. Świetnie obrazuje to zapis show z Wembley z 1986 roku.
Mercury nie ograniczał się jednak do wspólnych nagrań i koncertów z macierzystą kapelą. W kwietniu 1985 roku ukazał się jego pierwszy samodzielny album pod nieco przewrotnym tytułem Mr. Bad Guy. To właśnie na tym krążku znalazł się koncertowy pewniak Queen – I Was Born To Love You. Na płycie Mr. Bad Guy można było usłyszeć dość szerokie spektrum muzycznych fascynacji artysty, od brazylijskiego folkloru po europejską muzykę symfoniczną.
Trzy lata po wydaniu tego krążka Mercury wraz ze słynną hiszpańską diwą Montserrat Caballé nagrał unikalny album będący mieszaniną rocka i muzyki operowej. Była to sensacja muzyczna. Początkowo fakt ten przyjęto sceptycznie, a nawet (zwłaszcza wśród koneserów muzyki poważnej) z nieukrywaną ironią. A jednak płyta Barcelona stała się sukcesem. Promował ją wydany jesienią 1987 roku singel z piosenką tytułową oraz utworem, który później Caballé włączyła do swojego repertuaru – Exercises In Free Love. Po śmierci Mercury’ego artystka, która śpiewała na jego pogrzebie, powiedziała: Myślę, że Freddie robił wspaniałe rzeczy. Jego baryton był absolutnie zachwycający. Miał jeden z najwspanialszych głosów, jakie kiedykolwiek słyszałam. Był wielkim artystą.
Wyświechtane dziś określenia w rodzaju „legenda wiecznie żywa” w przypadku Freddi’ego nie mają w sobie ani krztyny przesady. Co by bowiem nie mówić, artysta pozostał postacią ze szczytu rockowego panteonu i dopóki rock żyje, on żyje wraz z nim.

REKLAMA
REKLAMA

Dodaj komentarz

  Ustaw powiadomienia  
Powiadom o