Gov’t Mule w Studiu

0
128
borowiec1329

Zapewne wielu Czytelników tej rubryki po raz pierwszy spotyka się z tą nazwą. Spieszę wyjaśnić, że jest to skrót od Goverment Mule, znaczy tyle, co muł rządowy, i nie chodzi tu o przymulonego członka rządu, lecz o prawdziwe zwierzę. Niegdyś bowiem niewolnikowi odzyskującemu wolność rząd amerykański w ramach zapomogi dawał muła. Tyle o nazwie.
W przyszłym roku grupa będzie obchodzić dwudziestolecie istnienia. Powstała jako projekt działający w przerwach nagraniowych zespołu The Allman Brothers Band z inicjatywy jego członków: śpiewającego gitarzysty Warrena Haynesa oraz basisty Allena Woodyego, a także pałkera Matta Abtsa. To power trio połączyło (w sobie właściwy sposób) tradycję bluesa z potężną rockową ekspresją. Trzeci album zespołu Life Before Insanity z 2000 roku uchodzi za arcydzieło. Dziś jednym tchem wymieniany jest przez znawców w gronie najlepszych albumów w historii rocka.
Krakowski koncert zespól zagrał jako kwartet, bo w takim składzie występuje już od dłuższego czasu. Na klubowej scenie pojawili się założyciele: Warren Haynes i Matt Abts, klawiszowiec Danny Louis i kolejny w historii zespołu (kolejny znakomity) basista Jorgen Carlsson.
O nieograniczonych możliwościach bandu świadczyła już setlista w stu procentach różna od tej, jaką dzień wcześniej zaprezentował w warszawskiej Progresji.
Pierwszą część krakowskiego koncertu miałem niestety zepsutą przez ochroniarza, który kazał mi w depozycie zostawić cyfrówkę. Niemożność zrobienia fotki podczas tego wieczoru była dla mnie olbrzymim dyskomfortem. Na szczęście jednak okazało się, że mój dobry znajomy wniósł nieco mniejszą cyfrówkę i dzięki temu w drugiej części koncertu mogłem sobie popstrykać (Pawle, dziękuję Ci serdeczne).
W Studio muzycy zaczęli od swojej klasycznej już kompozycji Bad Little Doggie. W pierwszej części koncertu zagrali jeszcze osiem utworów, w tym znane swoje numery (m.in. Streamline Woman, Banks Of The Deep End), a także covery – Eltona Johna Havey Mercy On The Criminal i zeppelinowski Trampled Under Foot. Najbardziej rozgrzał mnie ten ostatni, zagrany z kapitalnym rockowym feelingiem. Tu jednak mała refleksja: są wśród sympatyków kapeli tacy, którzy – jak piszący te słowa – lubią brzmienia mocno osadzone w rocku, ale są i tacy, którzy krakowskim koncertem poczuli się trochę zawiedzeni. Twierdzili, że to już nie są te stare Muły, że bluesowych klimatów tego wieczoru było za mało. Cóż, de gustibus…
Po około dwudziestominutowej przerwie wystartowała druga część koncertu, która, jeśli pierwsza była dobra, zabrzmiała, zresztą nie tylko w moim odczuciu, wręcz znakomicie. Rozpoczęła ją kompozycja Captured i podobnie jak w pierwszej obok utwórów własnych zabrzmiały covery: beatlesowskie (She Said, She Said i Tomorrow Never Knows), znany z repertuaru The Allman Brothers Band – Soulshine, którego domagała się publiczność, a jako ostatni na bis ognisty I Don’t Need No Doctor zespołu Humble Pie. Wybornie, a dla mnie znowu najcudowniej było, kiedy panowie zagrali Mr.Big – legendarny numer zespołu Free. W oryginale kompozycja była popisem basisty Andy’ego Frazera. Tu od razu było jasne, że Jorgen Carlsson jest instrumentalistą najwyższej klasy. A wszystko razem? No cóż, potężny drive i bluesrockowa jazda całego zespołu najzwyczajniej wywoływały ciarki na plecach.
Ale to nie wszystko. Tego wieczoru można było podziwiać także porywające solo Matta Abtsa. Odnosiło się wrażenie, że potężnie brzmiący pałker Mułów to wcielenie Johna Bonhama!!!
Czas na kilka słów o samym liderze. Warren Hynes nie epatuje techniką, nie jest muzycznym matematykiem, choć z łatwością mógłby nim być. Trzeba zagrać ból? Gra tak, że boli. Ktoś chciałby doświadczyć muzycznego żalu? Proszę bardzo, przywoła go natychmiast. Potrzeba komuś bluesrockowej, zwierzęcej furii? Nie ma problemu. Ktoś pragnie bluesowego ukojenia? Jest i ono. I tak przy okazji, Warren zawsze podkreślał, że więcej się widzi, stojąc na barkach olbrzymów. Zatem słucha innych i pozwala im grać, a muzycy grający z Warrenem mówią o niespotykanej aurze, jaką ten artysta wokół siebie roztacza. Z nikim innym nie doświadczają czegoś podobnego. Gitara Warrena to nie tylko instrument. W jego dłoniach jest piórem, pędzlem, bukietem kwiatów, a gdy trzeba, jest cierniowym wieńcem.
Krakowski koncert bandu, łącznie z przerwą, trwał trzy godziny (sic!). Można by o nim jeszcze wiele pisać, ja jednak chciałbym jedynie oświadczyć: Gov’t Mule wciąż pozostaje zespołem wybitnym. I to byłoby na tyle.

Dodaj komentarz

  Ustaw powiadomienia  
Powiadom o