Grand Funk

0
494
REKLAMA

16 października minęło 49 lat od wydania Live Album – koncertówki zespołu Grand Funk. Jest więc powód, aby przypomnieć i płytę, i zespół, któremu w ubiegłym roku poświęciłem tu słów więcej niż kilka przy okazji hitu We’re An American Band.

REKLAMA

Wspomniany hit zawsze będzie mi przywoływał szczeniackie czasy mojej podstawówki. Pamiętam, jak z serdecznym kumplem ustawialiśmy nasze magnetofony szpulowe właśnie z tym numerem, puszczając jeden z nich z niewielkim opóźnieniem. Uzyskiwaliśmy w ten sposób wrażenie pogłosu i quasi przestrzenne brzmienie. We’re An American Band nadawał się do tego znakomicie. Po kilku dekadach z satysfakcją odnotowałem fakt, że telewizja VH1 umieściła kompozycję wśród stu najlepszych hard rockowych utworów wszech czasów.
Dopiero kilka lat po przeboju We’re An American Band trafił w moje ręce Live Album zarejestrowany w czerwcu 1970 roku.
W tamtych ubożuchnych czasach PRL-u, kiedy pisanych wiadomości o tzw. muzyce zachodniej było tyle, co na lekarstwo, bodaj dzięki radiowej Trójce zaczęły docierać do mnie informacje, że krytyka amerykańska zdecydowanie nie lubi zespołu Grand Funk. Nie rozumiałem, jak można nie cenić bandu, który tak kapitalnie łoi. O powodach braku szacunku dowiedziałem się dopiero po wielu latach.
Grand Funk powstał w 1968 roku. Był to czas, w którym przestało istnieć trio Cream, ale sukcesy odnosiły zespoły: Blue Cheer oraz The Jimi Hendrix Experience. Taki stan rzeczy dowodził, że mocne rockowe trójosobowe zespoły są bardzo na czasie.
Gitarzysta Mark Farner, basista Mel Schacher oraz pałker Don Brewer zdecydowali się stworzyć power trio, które wkrótce stało się pierwszym heavyrockowym bandem w Stanach Zjednoczonych. Tych trzech chłopaków ze Środkowego Zachodu szybko zwróciło się do Terry’ego Knighta z wytwórni Capitol, który stał się ich menadżerem, producentem i rzecznikiem. Knight wymyślił też pierwotną nazwę zespołu Grand Funk Railroad, parafrazując nazwę słynnej linii kolejowej Grand Trunk Railroad, która w XIX i XX stuleciu łączyła stany Środkowego Zachodu USA z Kanadą, przebiegając przez rodzinne strony muzyków.
W sierpniu 1969 roku ukazał się debiutancki album bandu On Time, który dotarł do pierwszej trzydziestki listy amerykańskich bestsellerów. Wkrótce po nim wydany został drugi longplay zatytułowany po prostu Grand Funk, który szybko został Złotą Płytą. Tamtego roku również Knight załatwił zespołowi występ na Texas International Pop Festival, gdzie chłopcy zagrali obok Janis Joplin i Led Zeppelin. Słynna „Joplinka” stała się wtedy ich fanką. Album Closer To Home, wydany w czerwcu 1970 roku, podobnie jak poprzednie, pokrył się złotem.
Krytyka jednak nie oszczędzała zespołu, ba, gardziła nim. Wpływowy tygodnik Melody Maker, piórem jednego ze swoich najważniejszych dziennikarzy, pisał, że muzycy Grand Funk potrafią grać nie lepiej niż zwykła osoba z ich publiczności, a gra perkusisty jest tak przeciętna, że aż śmiechu warta. Tygodnik Rolling Stone obwołał trio najgorszym zespołem świata. Młodzież jednak uwielbiała Grand Funk. Dla niej tworzyli go chłopcy „z sąsiedztwa”, którzy potrafili potężnie łoić. To się liczyło. Ówczesny fenomen zespołu dobrze uchwycił dziennikarz muzyczny Lester Bangs, który tak pisał: Grand Funk Railroad stał się pierwszym undergroundowym zespołem, który tym bardziej kochały nastolatki, im bardziej nienawidzili go modni krytycy. Czwarty, zarejestrowany podczas trzech koncertów Live Album, wbrew krytyce, ugruntował sławę bandu i pokrył się złotem zaledwie w tydzień.
Ten podwójny krążek to koncertowy żywioł, bez studyjnego retuszu. Dziennikarz Paweł Brzykcy określił go mianem wzorcowego albumu koncertowego i dokumentu epoki. Według słów Dona Brewera zamieszczonych we wkładce do kompaktowej reedycji płyty: To autentyczne nagranie na żywo. Nie ma tam żadnych poprawek ani nakładek. Nagraliśmy trzy koncerty, ale nie przejmowaliśmy się tym, że nagrywamy – po prostu graliśmy. „Live Album” uchwycił ducha power tria, grającego ze szczerą pasją. Krążek zawiera przynajmniej kilka fragmentów, po których aż ciary idą. Tak jest, dla przykładu, w porywającym Inside Looking Out z ekstatyczną reakcją fanów, nie gorzej jest w pełnym czadu Are You Ready czy potężnym Paranoid, a przecież znalazły się tam też spokojniejsze utwory, jak Mean Mistreater, czy nieco zdynamizowany Heartbreaker.
Na finał ponownie kilka słów Dona Brewera pochodzących ze wspomnianej wkładki: W tamtych czasach krytycy nie rozumieli idei jedności tworzącej się między zespołem a fanami. Nie rozumieli, że można się spotkać i razem z publicznością dzielić muzyką w wielkiej hali. A my to robiliśmy. O to chodziło w Grand Funk.

REKLAMA

Dodaj komentarz

  Ustaw powiadomienia  
Powiadom o