Hancock i „Szok przyszłości”

0
46

Skończył się sierpień, a właśnie w sierpniu 1983 roku wydano płytę Future Shock Herbiego Hancocka. Płyta pełna skreczy, stanowiła dość rewolucyjną fuzję nowoczesnego jazzu z żywiołami hip-hopu i muzyki spod znaku electro-pop.

Na początek moje nie tylko muzyczne, ale też literackie, w sporym stopniu sentymentalne odniesienia. Jako nastolatek zetknąłem się z dokonaniami Herbiego Hancocka przy okazji nagrań pochodzących z albumów Head Hunters i Man-Child. Oba krążki (pierwszy bardziej funky) niosły muzykę, która wtedy mocno mnie intrygowała – fusion. Zatem, w następnej dekadzie (już jako zaawansowany student) zainteresowałem się kolejną płytą tego uznanego muzyka, będącą również swoistą fuzją.
Future Shock nagrałem w listopadzie 1983 roku z Wieczoru płytowego emitowanego w drugim programie Polskiego Radia. Była to wówczas jedyna ogólnopolska audycja, w której brzmiały nagrania z płyt CD (to była inna jakość). Płytę zarejestrowałem na moim świeżo nabytym, bardzo przyzwoitym sprzęcie hi-fi. Brzmiała rewelacyjnie. To po pierwsze.
Po drugie, w tamtych latach sporą popularnością cieszyła się u nas książka Alvina Tofflera, do której nawiązywaliśmy podczas uniwersyteckich zajęć, zatytułowana właśnie Szok przyszłości. Podobnie jak płyta Hancocka, było to wydawnictwo bestsellerowe. Jego autor unaoczniał niebezpieczeństwa niekontrolowanego postępu techniki, gospodarki i cywilizacji. Szok przyszłości wydany w 1970 roku, a cztery lata później w Polsce, zawierał pewne tezy, które dziś może i brzmią zabawnie, ale jego ogólny przekaz wciąż się broni.
U Hancocka, jak można sądzić, tytuł albumu, a także jego zawartość odnosiły się do książki Tofflera. Zresztą, jak by nie było, artysta połączył przekaz tej popularno-naukowej pozycji z własnymi muzycznymi fantazjami.

REKLAMA

Dwadzieścia lat wcześniej, czyli jeszcze w 1963 roku Herbie Hancock dołączył do zespołu Milesa Davisa. Davis nauczył go, jak ważne jest eksperymentowanie i jakie można osiągnąć wyniki, gdy pozwala się na to osobom współpracującym. W przypadku Future Shock Hancock odważnie poszedł tym tropem. I chociaż jazzowi puryści nie chcieli mieć udziału w tej jego elektro-popowo-hiphopowo-jazzowej produkcji, artysta stworzył świeże, nowatorskie brzmienie.
Produkcji albumu podjął się Bill Laswell, natomiast gramofonowych efektów GrandMixer D.ST, znany później jako DXT, jeden z pierwszych popularnych didżejów nowojorskiej sceny hip-hopowej.
Materiał na płytę został zarejestrowany w studiach nagraniowych w Nowym Jorku oraz w Grage Sale Recording w Los Angeles.

Bill Laswell wniósł do albumu, a już zwłaszcza do hitu Rockit (jeśli hitem można to nagranie określić) elementy electro, fusion i hip-hopu. Tytułowa kompozycja albumu, będąca nowoczesną piosenką śpiewaną przez Dwighta Jacksona, czerpała z rytmicznego popu pełnymi garściami. Rough, gdzie głosu użyczył Lamar Wright oraz mocno skreczowana Earth Beat sytuowały się gdzieś w okolicach muzyki spod znaku Kraftwerk oraz ówczesnego synthpopu. Z kolei utwór TFS wydawał się być najbliżej klimatów fusion. Co by nie mówić, album był barwnym eksperymentem, a jego flagowym utworem stał się otwierający całość, wsparty teledyskiem, numer Rockit.
Teledysk do Rockit wyreżyserowali Kevin Godley i Lol Creme, w latach 70. twórcy popularnego popowego zespołu 10cc, a wtedy również autorzy teledysku Police do piosenki Every Breath You Take. Godley i Creme chcieli, by Hancock zaistniał w MTV, co (zważywszy na opór telewizji w pokazywaniu czarnych artystów) było zadaniem trudnym. Zresztą, Herbie Hancock jako muzyk jazzowy, będący wtedy już po czterdziestce, najzwyczajniej odstawał od preferencji stacji, służącej młodym gwiazdom popu. Tym samym, niewiele namyślając się, twórcy teledysku usunęli Hancocka z wizji. Zabieg ten przełożył się na sporą popularność, bo w Ameryce większość ludzi usłyszała Rockit właśnie w MTV. W nagraniu, co też nie pozostaje bez znaczenia, głos Hancocka został przetworzony za pomocą vocodera – elektronicznego urządzenia używanego wówczas dla stworzenia charakterystycznego elektro-wokalu. Zresztą, wypada nadmienić, że Hancock nigdy nie był jakimś świetnym wokalistą. Vocoder zatem skutecznie niedoskonałości maskował, a dodatkowo nadawał nagraniu futurystycznego brzmienia.

Kompozycja, co ważne, została uhonorowana nagrodą Grammy w kategorii Best R&B Instrumental Performance. Przy tej okazji skreczujący GrandMixer D.ST stał się pierwszym didżejem w historii, który zdobył tę statuetkę.
Po latach Future Shock, niestety, zestarzał się, jednak w dziejach muzyki spełnił rolę istotnego i bardzo nośnego eksperymentu.

REKLAMA

Dodaj komentarz

  Ustaw powiadomienia  
Powiadom o