Hotel Morrison

0
115
REKLAMA

Wydana 9 lutego 1970 roku płyta znana była też pod tytułem Hard Rock Cafe. Stało się tak za sprawą zdjęcia umieszczonego na tylnej stronie okładki, na którym widniał taki właśnie napis. Można zatem przypuszczać, że gdyby fotografie zostały zamienione miejscami, album byłby znany pod tym drugim tytułem. To jednak są tylko dywagacje. Warto przy tym wspomnieć, że historyczny tytuł Morrison Hotel pochodził od prawdziwego hotelu położonego w ubogiej i ponoć niebezpiecznej dzielnicy na przedmieściach Los Angeles.
Kiedy byłem nastolatkiem, spotkałem się nie tyle z całym albumem, ile z poszczególnymi utworami, które się na nim znalazły. Pamiętam, że szczególnie Waiting For The Sun trafił w moje młodzieńcze upodobania, a potem doszlusowały do niego otwierający Roudhouse Blues i… radosny, jak z braku rozumienia tekstu sądziłem, Ship Of Fools.
Miesiąc po wydaniu albumu większość amerykańskiej prasy, nie tylko zresztą branżowej, wyraziła uznanie dla The Doors – podkreślając, że jest to pierwszy amerykański zespół rockowy, który zdobył pięć Złotych Płyt z rzędu. Powściągliwy okazał się tylko magazyn Rolling Stone, twierdząc, że jedynie dwie pierwsze płyty zespołu naprawdę się liczą, a Morrison Hotel można polecić wyłącznie zdeklarowanym miłośnikom zespołu. To jednak była spora przesada, bo, dla przykładu, jeden z najlepszych dziennikarzy muzycznych w historii – Dave Marsh (wówczas wydawca pisma Creem) pisał: Doors zaprezentowali najbardziej obezwładniający rock and roll, jaki kiedykolwiek słyszałem. Kiedy są w dobrej formie, są po prostu nie do pobicia. Jestem przekonany, że mam przed sobą najlepszą z ich dotychczasowych płyt.
W podobnym tonie utrzymana została opinia w piśmie Circus: Morrison Hotel jest chyba najlepszą płytą The Doors; z pewnością przysporzy grupie nowych wielbicieli i uspokoi tych, którzy uważają dwa poprzednie krążki za knoty. Mocny, złowieszczy hard‑rock, jeden z najlepszych albumów dziesięciolecia.
Pismo Rock Magazine swoją recenzję wieńczyło podobnym, bardzo jednoznacznym stwierdzeniem: Piąty album Doors jest ich najmocniejszym i najlepszym jak dotąd dziełem.
Płytę otwierał wspomniany Roadhouse Blues, utwór, w którym gitarzysta Robbie Krieger brzmiał efektownie, a Jim Morrison śpiewał może bardziej chrapliwie, za to znów z powerem godnym samca alfa. Kapitalnego smaczku dodawało też brzmienie harmonijki ustnej, na której gościnnie grał popularny wtedy John Sebastian (na okładce odnotowany jako Giovanni Puglese). Kompozycja Roadhouse Blues, od której początkowo miał pochodzić tytuł płyty, odnosiła się do Pameli Courson, miłości Morrisona. Również dwie inne piosenki – Blue Sunday oraz Queen Of The Highway – nawiązywały do niełatwego związku emocjonalnego Jima i Pam.
Druga na płycie Waiting For The Sun powstała, jak się ogólnie przyjęło, podczas wcześniejszych sesji nagraniowych, o czym świadczył bardziej młodzieńczy wokal Jima. Kolejna kompozycja You Make Me Real niosła dawkę mocnego, solidnego rocka i wraz z Roadhouse Blues została wydana na singlu promującym album. Czwartym na płycie był nader żywy numer Peace Frog. Jego melodia (autorstwa Jima) na tyle spodobała się pozostałym Doorsom, że nagrali go jeszcze gdy nie było doń słów. Dopiero później Ray Manzarek znalazł w jednym z notatników Jima wstrząsający wiersz Abortion Stories, który niemal w całości posłużył jako tekst. Silnym przekazem (bardzo dziś aktualnym) odznaczał się alegoryczny Ship Of Fools, w którym można było usłyszeć: Wymierała ludzka rasa,/nikt nie został by krzyczeć i wołać./Ludzie, owszem, byli na księżycu,/ale na ziemi dusił ich smog./Statek szaleńców, statek szaleńców.
Dwa inne utwory Land Ho! oraz The Spy były równie udanymi, solidnymi doorsowymi numerami. Oczywiście ten i ów wskazywał na nieco słabsze momenty, za takie bowiem uchodziły wieńczące płytę Indian Summer oraz Maggie M’Gill. Z takimi opiniami jednak można było się nie zgadzać.
Ponoć utwory, które wypełniły album, powstawały szybko, a Morrison podczas sesji nagraniowych był zwykle mocno wstawiony. Nie zmieniło to faktu (jak się z czasem okazało), że była to ostatnia tak znacząca erupcja muzyki The Doors. Kolejna płyta L.A. Woman, mimo bardzo ciepłego przyjęcia i cudownego utworu Raiders On The Storm, nie była aż tak doskonała. A potem? Potem notorycznie wstawiony Jim Morrison zasnął w wannie. Niestety, nigdy już się nie obudził.

REKLAMA
REKLAMA

Dodaj komentarz

  Ustaw powiadomienia  
Powiadom o