Humble Pie

0
63
REKLAMA

W lipcu mija pół wieku od wydania trzeciego albumu zespołu Humble Pie. Pomyślałem, że to dobra okazja, by po raz pierwszy w tym miejscu przypomnieć ten solidny angielski band.
Do trzeciego albumu Humble Pie mam zdecydowanie sentymentalny stosunek. Trafił w moje ręce około 6 lat po wydaniu i pozostał jednym z tych, które przywołują czasy mojego liceum (również trzeciego).

REKLAMA

Zanim przejdę do samego wydawnictwa, słów kilka o tworzących band muzykach. Kwartet wspólnie ze śpiewającym, znakomitym gitarzystą – Peterem Framptonem, grającym wcześniej w The Herd, założył znany z zespołu Small Faces, świetny wokalista, przy tym również gitarzysta – Steve Marriott. Dołączyli do nich: siedemnastoletni pałker – Jerry Shirley oraz basista Spooky Tooth – Greg Ridley. Dzięki tak znanym nazwiskom, Humble Pie uważa się za jedną z pierwszych brytyjskich supergrup w historii.
Ten blues-rockowy band był kapelą, która w początkowym okresie miała inklinacje ku muzyce akustycznej. Dwa pierwsze albumy As Safe As Yesterday oraz Town And Country, wydane przez wytwórnię Immediate, starały się kontynuować poszukiwania artystyczne Small Faces. W tym wczesnym okresie działalności zespół wylansował tylko jeden hit autorstwa Steve’a Marriotta – Natural Born Boogie. Piosenka, która znalazła się na debiutanckim singlu zespołu, uplasowała się w brytyjskiej Top 5.
Dopiero jednak po podpisaniu kontraktu z firmą A & M i zwróceniu się wyraźnie w stronę hard rocka, zespół odniósł wielki sukces w Stanach Zjednoczonych.

Kolejne krążki: Rock On, Performance – Rockin’ The Fillmore, oraz wydane z gitarzystą zespołu Closseum Clemem Clempsonem, który zastąpił Framptona, albumy Smokin oraz Eat It doskonale pokazują dojrzały Humble Pie i jego bardzo solidny hard rock.
Longplay zatytułowany, po prostu, Humble Pie był pierwszym wydanym pod szyldem wspomnianej wytwórni A&M Records. Zrealizowany został pod czujnym okiem Dee Anthony’ego – amerykańskiego menedżera, który dążył do głośniejszego i mocniejszego brzmienia, zarówno na żywo, jak i w studio.
Wcześniej, pod koniec 1969 roku zbankrutowała wytwórnia Immediate, dla której Humble Pie nagrał dwa poprzednie albumy. Warto przy tym nadmienić, że Steve Marriott odniósł się do tego wydarzenia w jednej z kompozycji zamieszczonych na płycie, a mianowicie w satyrycznej balladzie Theme from Skint (See You Later Liquidator).
Trzeci album Humble Pie był wyrazem metamorfozy zespołu. Uważano go, zresztą słusznie, za zwiastun zdecydowanie cięższego brzmienia zespołu. Materiał wypełniający płytę był również mroczniejszy od tego, który znalazł się na dwóch pierwszych płytach. Układ utworów uderzał kontrastami pod względem energii i stylu. Dla przykładu delikatny Earth And Water Song Petera Framptona został osadzony pomiędzy dwoma najcięższymi utworami na płycie, a mianowicie kompozycją zespołową One Eyed Trouser Snake Rumba oraz coverem utworu Williego Dixona I’m Ready. Trzeba też dodać, że każdy z muzyków miał swój odrębny wkład w powstanie tego albumu. Dla przykładu perkusista Jerry Shirley był autorem piosenki Only a Roach, którą również sam zaśpiewał.
Album Humble Pie bywa często określany jako The Beardsley Album. Jest tak za sprawą pierwszej strony okładki, której autorem był Aubrey Beardsley, ceniony angielski artysta, znany przede wszystkim z ilustracji o wyraźnie erotycznej wymowie. Wewnątrz rozkładanego albumu znalazła się fotografia zespołu, a na tylnej stronie okładki umieszczono wersję obrazu olejnego George’a Frederica Wattsa – Hope. Wracam jeszcze jednak do muzyki.
Dla mnie najważniejszym utworem na płycie, który nawiasem mówiąc umieszczam w pierwszej setce mojego rankingu numerów wszech czasów, pozostaje otwierająca całość zespołowa kompozycja Live With Me. Cudowne intro z wiodącym hammondem i kapitalnymi bębnami, po prostu, uwielbiam. Do tego dochodzi pełen dramatyzmu wokal Steve’a Marriotta, oszczędna gitara Petera Framptona i piękny bas Grega Ridleya. Nawiasem mówiąc, to właśnie temu ostatniemu zawdzięczać należy klimat i, jak sądzę, również aranżację, przywołującą najlepsze dokonania jego wcześniejszego bandu – Spooky Tooth.
Na koniec, w dość wiernym tłumaczeniu, fragment tekstu tej kompozycji: W całym moim smutku / Ta, którą kocham, opuściła mnie / Nie ma jutra dla mnie / To nie jest czas na śmiech / Gdybym mógł, spróbowałbym. / Żyj ze mną, / Kochanie, żyj ze mną. Może i nie jest to poezja najwyższych lotów, ale jaką to Marriott potrafił wyśpiewać. W jego głosie jest ból i błaganie, rozpacz i nadzieja. Nic zatem dziwnego, że w tamtych latach Czesław Niemen uważał go za jednego z najlepszych wokalistów.

REKLAMA

Dodaj komentarz

  Ustaw powiadomienia  
Powiadom o