I’m Going Home

0
fonograf-ALVIN-LEE
REKLAMA

Dziś, z pewnym poślizgiem, rzecz o I’m Going Home, jednym z najbardziej rozpoznawalnych utworów w dziejach rocka, nagranym po raz pierwszy 14 maja 1968 roku podczas występu zespołu Ten Years After w londyńskim klubie Klooks Kleek.
Nieżyjący od jedenastu lat Alvin Lee, twórca I’m Going Home, pozostanie na zawsze postacią z gitarowego Panteonu. Tadeusz Nalepa tak się o nim wypowiadał: Grał w tamtych czasach genialnie – był jednym z najlepszych obok Erica Claptona i Petera Greena. Ryszard Sygitowicz mówił: Alvina Lee uważam za mojego pierwszego mistrza. Grzegorz Skawiński dodawał: Był superszybki, a nauczenie się solówki „I’m Going Home” było inicjacją dla każdego gitarzysty, który się szanował. Był to szczyt techniczny. Z kolei Leszek Cichoński rzecz tak ujął: Alvin Lee był jednym z moich gitarowych idoli. Solówki „I’m Going Home” i innych utworów uczyłem się w połowie lat 70. z taśmy na pamięć. Jego technika i ekspresja zrobiły na mnie ogromne wrażenie, ale dopiero po latach, oglądając go na żywo we Wrocławiu, mogłem w pełni docenić jego feeling i wysmakowane bluesowe frazy.
Zanim jednak to i owo o tej kompozycji, słów kilka o twórcy i jego zespole. Ten Years After powstał w 1966 roku w Londynie, a na przełomie lat 60. i 70. był jednym z najlepszych bluesrockowych bandów w świecie. Dzięki temu, że grał mieszankę rock and rolla i bluesa, odcinał się od znanych – typowo bluesowych zespołów tamtego okresu, takich jak: Fleetwood Mac, Chicken Shack czy Savoy Brown.

Ten Years After, którego Alvin Lee był niekwestionowanym liderem, zawsze znakomicie wypadał na żywo. Nic zatem dziwnego, że jeden z najsłynniejszych utworów w dorobku grupy miał koncertową proweniencję.
Płyta zawierająca I’m Going Home została zatytułowana Undead i ukazała się trzy miesiące po wspomnianej wcześniej historycznej rejestracji na żywo. Kiedyś jeden z krytyków zauważył, że Undead zawiera partie gitary porównywalne do partii instrumentów dętych w nagraniach big bandów Woody’ego Hermana i Counta Bassiego. Był to więc swoisty mariaż rocka z elementami jazzu, ekscytujące połączenie bluesrockowej ekspresji z jazzującymi improwizacjami, a szczególnym przykładem tego podejścia był właśnie utwór I’m Going Home.

W 1973 roku znalazł się na tzw. oficjalnym bootlegu grupy – Recorded Live, który prezentował utwory wykonane podczas koncertów w Rotterdamie, Amsterdamie, Frankfurcie i Paryżu. I’m Going Home zarejestrowano we Frankfurcie w styczniu 1973 roku. W tej wersji wypadł świetnie.
Co by jednak nie pisać, najsłynniejsze wykonanie zostało zarejestrowane podczas legendarnego festiwalu w Woodstock i to właśnie „woodstockowa” wersja rozsławiła w świecie tak kompozytora, jak i jego zespól. Ta zagrana i zaśpiewana z niezwykłą ekspresją kompozycja należy do najbardziej porywających fragmentów słynnego filmu Michaela Wadleigha.

REKLAMA (2)

Czas na słów kilka o samym utworze. Historia jego powstania jest tyleż banalna, ileż interesująca. Podczas pierwszych koncertów grupy w Londynie publiczność domagała się bisów. Zagraliśmy już wszystkie utwory, jakie mieliśmy w repertuarze – wspominał niegdyś Alvin Lee. Chodził mi po głowie wtedy pomysł nowej kompozycji, której miałem ogólny zarys, miałem też riff. Wiedziałem, że w tekście pojawi się zdanie: „Wracam do domu by zobaczyć się z moją dziewczyną”. Wyszliśmy na scenę, zacząłem grać ów riff i wykrzykiwać tych kilka słów. I to był punkt wyjścia do długiego jamu.

REKLAMA (3)

Alvin Lee utrzymywał, że zawsze wykrzykiwał jedynie: I’m going home to see my baby i nigdy nie napisał do tego kawałka solidnego tekstu. A tekst, mniej więcej, szedł tak: Wracam do domu, kochanie,/wracam do domu, kochanie./Wracam do domu, by zobaczyć moją ukochaną./Maleńka, jak dobrze./Maleńka, bądź dobra (…)/Chcę zobaczyć moją ukochaną, czy u niej wszystko w porządku./Wezmę ją w ramiona i zabiorę ze sobą./Zabiorę moją kobietę, ona jest dla mnie taka dobra.

Potem pojawiał się fragment dość frywolny, który w wolnym tłumaczeniu brzmiał: Kochanie, wpadam w trans./Kochanie, wpadam w trans,/Kochanie, wstrząśnij mną i zatrać się./Skarbie, zabawimy się troszeczkę. Wreszcie w finale powracała wielokrotnie powtarzająca się fraza: Wracam do domu,/tam, gdzie moje miejsce.
W środku kawałek był wzbogacony wiązanką starych rock and rolli, takich jak Blue Suede Shoes Carla Perkinsa oraz Whole Lotta Shakin’ Going On Jerry’ego Lee Lewisa.
Alvin Lee twierdził, że jako kompozycja I’m Going Home to właściwie jest „nic”, tyle że jest tam fajny rytm i emocje. Osobiście od lat jestem fanem owego „nic”, a już zwłaszcza w wersji z Woodstocku.

Obserwuj nas na Google NewsBądź zawsze na bieżąco - wejdź na Google Wiadomości i zacznij obserwować nasze newsy.


REKLAMA
Ustaw powiadomienia
Powiadom o
0 komentarzy
NAJNOWSZE
NAJSTARSZE NAJWYŻEJ OCENIANE
Opinie w treści
Zobacz wszystkie komentarze