IRISH TOUR

0
52
borowiec1430
REKLAMA

Materiał, który wytwórnia Polydor wydała na tym podwójnym winylowym krążku, został zarejestrowany w pierwszych dniach stycznia 1974 roku podczas występów Gallaghera w trzech miastach: Dublinie, rodzinnym Corku oraz ogarniętym krwawymi akcjami terrorystycznymi Belfaście. Koncert w tym ostatnim mieście, gdzie, nawiasem mówiąc, urodził się towarzyszący Gallagherowi pianista Lou Martin, był wtedy swoistym gestem Rory’ego, był też efektem jego wiary w to, że muzyka może nie tylko wznosić się ponad podziałami, ale przyczyniać się do ich niwelowania.
Trasa Gallaghera po „Zielonej Wyspie” rozpoczęła się niespełna dwa miesiące po wydaniu czwartego studyjnego albumu – Tatoo, na którym ten irlandzki „wioślarz” i multiinstrumentalista zarazem pokazał jak mądrze i twórczo łączyć bluesrockowe klimaty z elementami folku, country, a nawet jazzu. Muzycy, którzy wsparli go podczas irlandzkich koncertów, byli jego kumplami, towarzyszyli mu przy nagrywaniu Tatoo, a wcześniej przy rejestrowaniu krążka Blueprint.
Mimo sukcesów, jakie zanotowały płyty studyjne, dla Gallaghera i jego bandu najbardziej liczyły się jednak występy na żywo. To dzięki nim zespół mógł osiągnąć temperaturę przekazu, o jakiej w studiach nagraniowych można było raczej pomarzyć. Irish Tour do dziś ujmuje swoim młodzieńczym powerem, witalnością i radością grania. Była to zapewne pochodna wieku tych utalentowanych muzyków. Rory miał wówczas niespełna 26 lat, wspomniany Lou Martin – 25, basista Gerry McAvoy – 23, a pałker Rod de’Ath – 24.
Album przedstawił to, co lubią fani soczystego i klimatycznego zarazem blues‑rocka. Od pełnych ognia, dynamicznych numerów w postaci otwierającego Cradle Rock czy Walk On Hot Coals, poprzez kapitalne bluesiska – jak I Wonder Who, czy Too Much Alcohol, a na pięknych balladowych utworach w postaci Milion Miles Away skończywszy.
Sylwetkę Gallaghera podczas tej irlandzkiej trasy bardzo interesująco prezentuje film Tony’ego Palmera – Irish Tour‘74. Jest to (w dużym stopniu) rejestracja koncertów przetykana fragmentami rozmów i wzbogacona poetyckimi impresjami oraz typowymi scenkami z życia w trasie. Rory w filmie Palmera jawi się jako bezpretensjonalny, równy facet, który oprócz iskry bożej ma w sobie jakiś niezwykły entuzjazm, wręcz żar sprawiający, że jego muzyka na żywo brzmi, jakby była natchniona. Warto przy tym wiedzieć, że w 1974 roku Gallagher był przez swoich rodaków uwielbianym artystą. Szalejące tłumy nadawały jego koncertom niepowtarzalnej temperatury. Film Palmera oddaje to znakomicie.
Zresztą, nie tylko w Irlandii było głośno o Gallagherze. W światowych rankingach na najlepszego gitarzystę od kilku lat plasował się albo bardzo wysoko, albo po prostu zwyciężał. Nie bez znaczenia był przy tym fakt, że już na początku lat siedemdziesiątych został uznany przez czarnych bluesmanów za najlepszego białego gitarzystę. Muddy Waters i Albert King zapraszali go do udziału w nagraniach swoich płyt.
Rory potrafił zręcznie zachować podstawowe przesłanie bluesa, nie wynosząc go przy tym na piedestał. Śmiało korzystał z tradycji boogie i twórczo sięgał po stricte rockowe rozwiązania. Był przy tym bardzo nowoczesnym interpretatorem, a jego gra wzbudzała po prostu podziw. Potrafił grać fenomenalnie i to zarówno na swoim steranym stratocasterze, jak i na mandolinie, a przy tym od czasu do czasu sięgał po harmonijkę ustną, a nawet saksofon. W gitarowym rzemiośle posiadł znakomite umiejętności posługiwania się techniką bottlneck i potrafił to wybornie wykorzystywać.
Trzeba przyznać, że Gallagher nigdy nie zabiegał o względy tzw. showbiznesu, nie dbał też specjalnie o swój wizerunek sceniczny, organicznie nie znosił kiczu, mimo to, a raczej dzięki temu potrafił sprzedać miliony swoich płyt. I tutaj coś a propos omawianego krążka. Irish Tour nie zdobył jakiejś oszałamiającej pozycji na listach bestsellerów, w świecie sprzedał się jednak w ilości ponad dwóch milionów egzemplarzy.
Od tamtej pory w historii muzyki minęło kilka epok, nie zmienia to faktu, że ten Irlandczyk był prawdziwym artystą. Był też człowiekiem nader pracowitym. Ktoś, a było to bodaj w latach siedemdziesiątych, zapytał gitarzystę jaką muzykę będzie grał za dziesięć lat. Gallagher odpowiedział, że ciągle tę samą, tylko zdecydowanie lepiej. I rzeczywiście miał rację, swoją technikę szlifował do końca. Szkoda, że od ponad 19. lat nie ma go wśród nas.

REKLAMA
REKLAMA
Ustaw powiadomienia
Powiadom o
0 komentarzy
Inline Feedbacks
View all comments