Jeźdźcy burzy

0
75
borowiec1715

Historycznie rzecz biorąc, utwór Jeźdźcy burzy był w ogóle ostatnim, jaki muzycy The Doors nagrali ze swoim „zmierzającym w zaświaty” frontmanem. Był to czas, gdy ten męski symbol seksu zamienił się w opoja z wielokilogramową nadwagą. Na szczęście jednak w tamtych dniach (grudzień 1970 – styczeń 1971), kiedy album, a także i sam utwór były rejestrowane, muzykom towarzyszyła twórcza wena i atmosfera, jakiej już od kilku lat nie doświadczali.
Dziś jak ekstrawagancka ciekawostka brzmią słowa wkurzonego, ponoć, producenta płyty, Bruce’a Botnicka, który uważał, że Riders On The Storm to muzyka z cocktail baru. Czas pokazał, jak bardzo się mylił.
Kilka lat temu, w czterdziestą rocznicę wydania L.A. Woman, ukazało się wydawnictwo zawierające siedem alternatywnych wersji utworów, zarejestrowanych na kolejnych etapach prac nagraniowych. Atmosferę panującą w studiu oddaje tam wykonana a capella pijacka zaśpiewka poprzedzająca Jeźdźców burzy. Morrison zapowiada ten utwór: This is called: Riders on the Storm – take nine. To dziewiąte podejście najlepiej obrazowało sposób, w jaki kształtowały się piosenki, które ostatecznie znalazły się na płycie.
Tytuł utworu wskazuje na inspiracje literackie autora. Trzeba bowiem przyznać, że Jim Morrison, jeśli tylko udawało mu się ostro nie tankować, sporo czytał. W tym przypadku była to poezja amerykańskiego poety Harta Crane’a, który w Meksyku, wyskakując ze statku, popełnił samobójstwo. Słowa riders on the storm zostały zaczerpnięte z wiersza jego autorstwa, zatytułowanego Praise for An Urn.
Tekst Jeźdźców zawierał właściwie wszystko to, co w literackiej spuściźnie Morrisona najistotniejsze: miłość, przeznaczenie, śmierć. Ponoć przy pisaniu tekstu Jim miał na myśli swój mroczny scenariusz filmowy The Hitchhiker (An American Pastorall) o autostopowiczu‑mordercy. Zresztą motyw ten przewijał się w jego twórczości wielokrotnie i znaleźć go można również na pośmiertnie wydanej płycie An American Prayer z 1978 roku.
Morisonowi rzadko zależało na jednoznaczności. Nie dziwi to, bo jasno sformułowany przekaz, pozbawiony tak istotnego dla poezji opalizowania znaczeń, mógłby być postrzegany jako banalny. Stąd też najprawdopodobniej ta jego metaforyka okraszona dziwną symboliką, którą do końca tylko on sam potrafiłby objaśnić.
Co by jednak nie mówić, swoiste zespolenie słów z hipnotyzującą muzyką osiągnęło w Riders On The Storm jakość najwyższej próby. Muzycy potrafili tu połączyć świeżość i odkrywczość rockowego przekazu, które przyniosła debiutancka płyta z 1966 roku, z aranżacyjną, brzmieniową i, co oczywiste, kompozytorską dojrzałością.
Piotr Kosiński w książce The Doors. Czas apokalipsy słusznie zauważył, że Riders On The Storm zawiera w sobie ukrytą intensywność, niezbyt wyraźną przy pierwszym przesłuchaniu. Dodałbym, że do pewnego stopnia właśnie dzięki tej intensywności utwór silnie uzależnia. Dla mnie osobiście w historii rocka niewiele powstało takich songów, których mogę słuchać codziennie, a w tym przypadku tak właśnie jest.
Co by nie mówić, to znakomita, klarowna kompozycja, poza niepowtarzalnym klimatem zwracająca uwagę jazzującym charakterem klawiszowej improwizacji Raya Manzarka. Jest tajemnicza, mroczna, ale niesie też w sobie pewną dozę nadziei.
Śmiem twierdzić, a wiem, że nie jestem w tym odosobniony, iż w całej plejadzie znakomitych utworów The Doors Jeźdźców burzy można uznać za opus magnum zespołu.
Czas teraz na tekst, który przytaczam w oparciu o tłumaczenie Wojciecha Manna. Jeźdźcy burzy,/jeźdźcy burzy,/w tym domu narodzeni,/w ten świat rzuceni./Jak pies bez kości,/jak aktor bez widowni,/jeźdźcy burzy./Zabójca czyha na drodze,/jego mózg nadyma się jak ropucha./Lepiej zrób sobie wakacje/i dzieciom daj się pobawić./Jeśli zechcesz go gdzieś podwieźć,/słodkie wspomnienia umrą./Zabójca czyha na drodze./Dziewczyno, kochaj swojego mężczyznę./Weź go za rękę,/by zrozumiał, że świat zależy od ciebie,/a wasze życie nigdy się nie skończy./Dziewczyno, musisz kochać swojego mężczyznę./Jeźdźcy burzy.
Jak można zauważyć, swoista mozaika obrazów wymyka się tu jednolitej interpretacji, ale widać tak miało być.
Na koniec jeszcze coś osobistego. Otóż od lat staram się stworzyć moją prywatną listę 100 utworów wszech czasów. Wiem, że na pewno nie zabraknie tam kompozycji Led Zeppelin, Pink Floyd, Deep Purple, Hendrixa czy Stevie’go Wondera. Wiem też, że na czele listy znajdzie się Riders On The Storm.

Dodaj komentarz

  Ustaw powiadomienia  
Powiadom o