Jezus i osobowy

0
39
borowiec1733

Jeszcze w 1965 roku Dylan, wówczas folkowy idol amerykańskiej młodzieży i artysta poważany w kręgach bohemy, dokonał muzycznej wolty. Oto na słynnym Newport Folk Festival wystąpił z elektrycznym zespołem Paula Butterfielda, skłaniając się, o zgrozo, ku rockandrollowi. Dla wielu była to niewybaczalna zdrada. Czas jednak pokazał, że nie tylko wtedy Dylan miał rację. Także jego późniejsze, nierzadko bezkompromisowe decyzje nadawały muzyce popularnej nieznanego wcześniej wymiaru. Pod koniec lat 70. wolta, a raczej przemiana, uważana przez wielu żydowskich przyjaciół artysty również za zdradę, doprowadziła do nagrania płyty Slow Train Coming.
W 1978 roku Bob Dylan odwiedził niewielką wspólnotę Vineyard Fellowship w Hollywood. Zrobił to w towarzystwie swojej ówczesnej dziewczyny Mary Alice Artel, która o spotkanie z nim poprosiła dwóch duchownych wspólnoty. Rezultat tego spotkania wprawił w osłupienie całe środowisko rockandrollowe. Jezus jest rzeczywisty – stwierdzał Dylan i dodawał: chciałem tego, pogłębiało się to we mnie, aż wreszcie doznałem tego uczucia, tej wizji, że narodziłem się powtórnie.
Wcześniejsze dokonania artysty podlegały różnym interpretacjom, jednak w przypadku Slow Train Coming można było mówić o jednej wykładni – chrześcijańskiej. Zniknęła tu prowokująca poezja, dopuszczająca indywidualne rozumienie poruszanych problemów, jej miejsce zajęła – by rzec za Stevem Turnerem – seria reklam Dobrej Nowiny Jezusa Chrystusa.
Do współpracy nad płytą artysta zaprosił Marka Knopflera, gitarzystę i lidera zespołu Dire Straits, będącego wtedy po wydaniu drugiego albumu. Knopfler zawsze twierdził, że jest wielkim fanem Dylana i słucha go od czasu, gdy skończył jedenaście lat. Dylan natomiast uważał, że Mark naśladuje go lepiej niż ktokolwiek inny, a jeśli chodzi o zespół Marka, to do współpracy zdecydował się zaprosić także Picka Withersa, perkusistę.
Płytę otwierał tytułowy utwór, w którym muzyka znakomicie imitowała poruszający się ociężale pociąg (osobowy). Według Howarda Sounesa tekst tego utworu był najlepszy na płycie. Jego nieprzeciętny wymiar uwypuklały aliteracyjne frazy, głęboka symbolika oraz głos podkreślający całkowite oddanie się Dylana nowo pozyskanej wierze.
Z równym zaangażowaniem emocjonalnym brzmiał utwór When He Returns, mówiący bezpośrednio o związku artysty z Jezusem Chrystusem. Z kolei w utworze I Believe In You podjęty został temat samotnej wędrówki tysiące mil od domu. Była to wprawdzie nieco zużyta metaforyka, jednak dzięki wierze w Boga w wędrówce tej artysta już nie był sam, a to zmieniało jej wydźwięk.
Z kolei Gotta Serve Somebody (spory przebój singlowy) jasno i wyraźnie stawiał kwestię opowiedzenia się za tym, komu chcemy służyć bez względu na nasz status i stan posiadania. Musisz komuś służyć, więc to może być diabeł lub to może być Pan.
Dylan nie wszędzie jednak potrafił zachować stosowną subtelność swojego kaznodziejstwa, bo na przykład piosenka When You Gonna Wake Up? była tekstowo na tyle ostra, że nie pozostawiała słuchaczowi żadnego wyboru.
Na krążku znalazł się również drobiazg Man Gave Names To All The Animals, będący właściwie piosenką dla dzieci. Trafił tam ponoć tylko dlatego, że spodobał się synkowi śpiewającej w chórkach Reginy Havis.
Greli Marcus w recenzji płyty zamieszczonej w New West pisał: Od początku kariery alegoria biblijna była drugim językiem Dylana; motywy duchowego wygnania i powrotu, jednostkowego i narodowego odkupienia stanowiły niezwykle ważny element jego twórczości (…). Tym razem użył obrazowania religijnego do innych celów; tak jak przedtem odkrywał i kształtował za jego pomocą pewną duchową wizję świata, tak teraz przyodział w te symbole gotową doktrynę.
Jann Wenner na łamach magazynu Rolling Stone twierdził, że płyta może się okazać najlepszą w dorobku artysty, a wiara jest przesłaniem, punktem odniesienia i kluczem do jej zrozumienia.
Co by o albumie nie mówić, fakt pozostaje faktem – Slow Train Coming osiągnął znaczący sukces rynkowy. Dotarł do trzeciej pozycji amerykańskiej listy bestsellerów. Pod koniec roku 1979 uzyskał status złotego krążka, a rok później pokrył się platyną. Stał się też jednym z najlepiej sprzedających się wydawnictw w całej karierze artysty.
Kilka lat po wydaniu płyty Dylan spytany, czy czegoś żałuje z tamtego okresu, odparł: Niespecjalnie żałuję, że pokazałem ludziom, jak mają zbawić swoje dusze. Do kogo to miało dotrzeć, to dotarło.

REKLAMA

Dodaj komentarz

  Ustaw powiadomienia  
Powiadom o