Joe, Poland loves you

0
88
REKLAMA

W wywiadzie opublikowanym w lutowym numerze magazynu Teraz Rock Bonamassa tak wyraził się o polskiej publiczności: To najbardziej wdzięczna publiczność, przed jaką grałem. I nie mówię tego dlatego, że przyjeżdżam do was na koncert – przeciwnie, przyjeżdżam dlatego, że tak uważam. Czwartkowy koncert w Kongresowej zapewne utwierdził go w tej opinii.
Jest dwie minuty po dwudziestej. Następuje wyjątkowa gra świateł – początkowe ciemności rozpraszają stroboskopowe błyski, perkusista nadaje rytm, a Bonamassa zaczyna czarować. Na pierwszy ogień idzie Slow Train, potem – przy entuzjastycznej reakcji publiczności – brzmi Last Kiss. Po utworze Midnight Blues Gary’ego Moore’a artysta zmienia swojego czarnego gibsona, a takich zmian wiosła będzie tego wieczoru jeszcze cztery. Czas na tytułowy kawałek z ostatniej płyty – Dust Bowl. Temperatura wzrasta. Z utworu na utwór widownia jest pod coraz większym wrażeniem kunsztu gitarzysty. Gdy brzmią pierwsze dźwięki Sloe Gin, nieśmiałe owacje przeradzają się w burzę oklasków. Cieszę się, że tu jestem, cieszę się, że mogę to wszystko zobaczyć, usłyszeć, przeżyć.
Przed siódmym utworem koncertu Bonamassa, jakby ocknąwszy się, że już tyle numerów zagrał, wita się, dziękuje ciepło za bannery z napisami Joe, Poland Loves You oraz Joe, Welcome Home. Opowiada też zabawną anegdotkę o swoich warszawskich zakupach poczynionych przed kilkoma godzinami. Cóż, Joe to po prostu równy gość, właściwie to koleś z sąsiedztwa, który poza tym, że tknięty przez Stwórcę – niewyobrażalnie wymiata na gitarach, niczym się od nas nie różni.
Nadchodzi czas na The Ballad Of Joe Henry, potężnie zbudowany, momentami wręcz monumentalnie brzmiący utwór. Lubię go, jak dla mnie to jeden ze sztandarowych numerów w repertuarze artysty
Mniej więcej w połowie koncertu Bonamassa sięga po Song Of Yestreday. Świetny kawałek pochodzący z pierwszej płyty Black Country Communion. To ukłon, oczywiście w pewnym stopniu, w stronę znakomitych kumpli z Black Country, zespołu, z którym już wkrótce wyda trzecią studyjną płytę.
Wśród kolejnych utworów Joe serwuje otwierający krążek Black Rock numer Steal Your Heart Away oraz wspaniałe bluesisko Blues Deluxe. Przychodzi wreszcie czas na dwugryfowe wiosło. Brzmi Young Man Blues, zaczynający się od zabawnego „przekomarzania się” gitary z perkusją. W utworze Bonamassa zgrabnie cytuje Stairway To Heaven Led Zeppelin. Zresztą, w tym fragmencie koncertu sporo jest zeppelinowego grania i brzmień spod znaku Jimmy’ego Page’a. Bodaj w tym właśnie czasie spoglądam na zegarek, jest 21.45. Niemożliwe! Sądziłem, że jest trzy kwadranse wcześniej. Za moment następuje perkusyjne solo Tala Bergmana, a zaraz po nim mistrz ceremonii trzyma już w rękach gitarę akustyczną. Światła przygasają. I oto następuje kolejna, magiczna gitarowa jazda. Brzmi utwór Woke Up Dreaming, podczas którego można zamknąć oczy i zastanawiać się, czy to gra Al Di Meola, czy Paco De Lucia, czy też ktoś, o ile to możliwe, lepszy od nich. Nieprawdopodobne.
Po dwugodzinnej muzycznej uczcie zasadnicza część koncertu dobiega, niestety, końca. Bez bisu, co jest dla wszystkich jasne, nie obędzie się. Muzycy powracają na scenę i brzmi Django, utwór otwierający wydany na płytach koncert Bonamassy, zarejestrowany w maju 2009 roku w londyńskiej Royal Albert Hall.
Nadchodzi grand final. Zwieńczeniem wieczoru jest Just Got Paid z repertuaru ZZ Top. Po raz kolejny i niestety ostatni Bonamassa używa thereminu (eterofonu). Właściwy efekt dźwiękowy następuje we właściwym momencie. Theremin brzmi tuż przed przejściem do Dazed And Confused (Led Zeppelin), w którym jeszcze raz grzmi „odkręcone” wiosło. Ciary idą po plecach. Oto koniec, który wieńczy dzieło. Pełny czad, rockowy zenit, fullpowerowy muzyczny odlot! Szał, burza oklasków, owacja na stojąco. Joe kłania się i dziękuje. Zanim ostatecznie oddali się do garderoby, podnosi w górę rozłożony na brzegu sceny transparent, na którym na biało czerwonym tle widnieje napis: Joe, Poland Loves You! Jest zachwycony, nieco wzruszony i najzwyczajniej uradowany. W podobnym, choć – jak można sądzić – jeszcze głębszym stanie emocjonalnym, pozostaje publiczność. Artysta podaje rękę najbliżej stojącym fanom i salutuje wszystkim stojącym dalej. To niezwykły, wspaniały, niezapomniany wieczór. Joe, thank You very much.

REKLAMA
REKLAMA

Dodaj komentarz

  Ustaw powiadomienia  
Powiadom o