Jon Lord i Sarabande

0
43

We wrześniu 1975 roku, opromieniony sławą współtwórcy Deep Purple, Jon Lord wszedł do studia, by zarejestrować solowy album Sarabande. Był to jego ukłon w stronę muzyki klasycznej, a zwłaszcza w stronę Jana Sebastiana Bacha.

W styczniu 1977 roku Piotr Kaczkowski w legendarnym programie radiowym – Mini-Max przedstawił polskim słuchaczom płytę Sarabande jako pierwszy. Wtedy to dowiedziałem się, że album wydany został w końcu roku 1976 nakładem wytwórni Purple Records. Oczywiście, jako zdeklarowany miłośnik Deep Purple i Jona Lorda, nagrania pochodzące z albumu zarejestrowałem w całości. Byłem zaintrygowany mariażem rocka z muzyką poważną. Ten mariaż mnie oczarował, a sam artysta zaprosił na wędrówkę po barwnym muzycznym uniwersum zupełnie odmiennym od tego, którym wcześniej mnie zafascynował. To był inny świat, inny, ale jakże malowniczy.
Sarabande, jak czas pokazał, stała się najpopularniejszą pozycją spośród solowych dokonań Lorda. Ujmowała wysmakowanym brzmieniem, delikatnymi melodiami i subtelnymi niuansami rytmicznymi. Z jednej strony urzekała wyrafinowaniem, z drugiej zaś oszczędnością formy i aranżacyjną powściągliwością. Lord pokazał, że doskonale potrafi połączyć muzykę symfoniczną z rockowymi klimatami, mistrzowsko unikając napuszenia, tak charakterystycznego dla tego rodzaju przedsięwzięć. Udało mu się to osiągnąć zapewne dlatego, że zwrócił się w stronę lżejszej formy klasyki i sięgnął po barokową muzykę taneczną.

REKLAMA

Tu trzeba wyjaśnić znaczenie słowa tytułowego. Sarabanda to powolny taniec dworski, pochodzenia prawdopodobnie perskiego, rozpowszechniony w Hiszpanii na początku XVI wieku, tańczony także w Anglii i Francji. Sarabanda jako taniec stylizowany, utrzymany w trójdzielnym metrum, jest integralną, najwolniejszą częścią suity barokowej.
Utwory, które złożyły się na album były komponowane i zapisywane przez Lorda od stycznia do sierpnia 1975 roku. Cały materiał zarejestrowano pomiędzy 3 a 6 września w StadtHalle Oer-Erkenschwick niedaleko Düsseldorfu w Niemczech. Warto tu dodać, że artyście towarzyszyli wytrawni muzycy: Andy Summers – późniejszy gitarzysta zespołu Police, Pete York – bębniarz zespołu Spencer Davis Group, Paul Karas na basie, Mark Nauseef grający na instrumentach perkusjnych oraz Philharmonia Hungarica pod dyrekcją Eberharda Schoenera. Zmiksowania całości materiału podjął się pracujący od lat z Deep Purple – Martin Birch, który stał się jednocześnie (obok Lorda) współproducentem płyty.
Właściwe każdy z ośmiu utworów ze swoją charakterystyczną indywidualną konstrukcją – może tylko poza nieco kakofonicznym Finale – urzekał. Dla przykładu, elegancka Aria czarowała cudownymi, subtelnymi dźwiękami fortepianu. Rozbębniony Gigue, zwieńczony wysublimowanym gitarowym solo, imponował swoistym przepychem. Wytworne, orientalizujące Bouree zdumiewało zróżnicowanym klimatem z jazzrockową gitarą Summersa i niesamowitą pracą Marka Nauseefa, grającego chyba na wszystkich możliwych instrumentach perkusyjnych. W Pavane z kolei, fortepian Lorda cudownie wspomagał gitarę. A do tego był jeszcze „jawnie rockowy” Caprice z magicznym Hammondem, skrzący się, gdzie trzeba, swoistą radiową przebojowością.

Podczas długiej solowej kariery Lordowi udało się wędrować różnymi ścieżkami, ale zanim zaczął nimi podążać, obdarzył nas w przypadku Sarabande swoistym archetypem rocka symfonicznego. Na pewno z jednej strony abyśmy się mogli nim cieszyć, ale z drugiej być może, aby udowodnić, że potrafi sprostać postawionemu sobie wyzwaniu.
W lipcu 2012 roku, tuż po śmierci artysty, miłośnik i znawca jego twórczości, a zarazem mój dobry znajomy – Andrzej Rafał Błaszkiewicz, napisał: Sam Jon Lord często wspominał, że muzykowanie w Deep Purple było fantastyczną przygodą, niebywałą rozrywką, dającą niesamowitą satysfakcję i mnóstwo zabawy. Jednak poczynania solowe, komponowanie dzieł z pogranicza wielkiej symfoniki, uszlachetnianie w ten sposób muzyki rozrywkowej to pasja. Jon Lord tę pasję realizował do końca swoich dni z niebywałą konsekwencją, poświęceniem i ofiarnością. Jego solowy dorobek nie jest pokaźny, ale każda z płyt firmowana jego nazwiskiem to perła, dzieło skończone, pełne, perfekcyjne i szlachetne.
Warto przy tym dodać, że jeśli Lord, jako król instrumentów klawiszowych, stworzył ze swoich solowych dzieł koronę, to niewątpliwą perłą w tej koronie pozostaje Sarabande.
Na koniec jeszcze jedno. Dla mnie osobiście Sarabande to jeden z grona wcale nie tak wielu „uzależniających” albumów. To płyta z rodzaju tych, które gdy się kończą, chce się by zabrzmiały jeszcze raz.

REKLAMA

Dodaj komentarz

  Ustaw powiadomienia  
Powiadom o