Już ich nie zobaczymy

0
78
borowiec1344
REKLAMA

W grudniu ubiegłego roku zmarł bodaj najsłynniejszy muzyk hinduski w historii, wirtuoz gry na sitarze – Ravi Shankar. Światu dał się poznać dzięki festiwalowi muzyki pop w Monterey w 1967 roku i dwa lata późniejszemu w Woodstock. W czerwcu 1972 roku, wspólnie ze swoim promotorem – Georgem Harrisonem, został uhonorowany nagrodą Child is Father to the Man w podziękowaniu za pomoc dotkniętemu głodem Bangladeszowi. Shankar miał 92 lata, był ojcem znanej piosenkarki Norah Jones.
Również w grudniu w wieku siedemdziesięciu lat zmarł Lee Dorman – basista Iron Butterfly, zespołu, który 45 lata temu zasłynął płytą In‑A‑Gadda‑Davida.
W lutym bieżącego roku został pożegnany Reg Presley, wokalista The Troggs – jednej z najsłynniejszych grup lat 60, posiadającej na koncie takie ponadczasowe hity jak: Wild Thing czy Love Is All Around.
18 lutego zmarł Kevin Ayers, gitarzysta szanowanej przed laty grupy Soft Machine. Ayers był również kompozytorem mającym w swoim dorobku współpracę m.in. z: Brianem Eno, Sydem Barrettem, Johnem Calem, Eltonem Johnem, Andym Summersem i Mikem Oldfieldem.
6 marca świat obiegła wiadomość o niespodziewanej śmierci jednego z najsłynniejszych gitarzystów w historii rocka. Alvin Lee, wieloletni lider i założyciel zespołu Ten Years After, zmarł w wyniku nieprzewidzianych komplikacji po, jak to określono, rutynowym zabiegu. Legendarny wioślarz, uchodzący niegdyś za najszybszego na świecie, odszedł w wieku 68 lat.
Następnego dnia, w wieku 65 lat, pożegnał się z tym światem Peter Banks, kolejny brytyjski gitarzysta, znany przede wszystkim z wczesnych płyt zespołu Yes.
12 marca, cztery dni po 56. urodzinach, odszedł Clive Burr, pałker, który z zespołem Iron Maiden nagrał trzy pierwsze płyty.
W kwietniu w wieku 72 lat zmarł Richie Havens, amerykański piosenkarz i wokalista, który w 1969 roku otworzył festiwal w Woodstock. Jego zaimprowizowana wtedy wersja Sometimes I Feel Like a Motherless Child, do której dodał powtarzający się wers ze słowem „freedom”, stała się międzynarodowym hitem.
2 maja obiegła świat wiadomość o śmierci Jeffa Hannemana, gitarzysty trash metalowej kapeli Slayer. Na początku 2011 roku Hanneman zachorował na martwicze zapalenie powięzi, ostatecznie jednak, nie dożywszy pięćdziesiątki, zmarł w wyniku marskości wątroby.
20 maja nowotwór pokonał 74‑letniego Raya Manzarka, kompozytora, klawiszowca, założyciela zespołu The Doors. Charakterystyczne brzmienie jego organów było, obok głosu Jima Morrisona, znakiem rozpoznawczym tej legendarnej kalifornijskiej kapeli.
Zaledwie dzień po śmierci Manzarka nowotwór pokonał również 63‑letniego Trevora Boldera, wieloletniego basistę zespołu Uriah Heep.
26 lipca nagle przestało bić serce J.J. Cale’a. W grudniu ten gitarzysta i kompozytor skończyłby 75 lat. Jego styl gry nazwano w swoim czasie laid back, czyli tyle co beztroski, swobodny albo po prostu na luzie. Cale określał swoje muzykowanie jako: łagodne, oszczędne, a nawet – nieco żartobliwie – niedopracowane. Jego grą zachwycali się muzycy tej klasy co Eric Clapton czy Mark Knopfler. Artysta pozostawił po sobie piękne utwory, wśród nich m.in. After Midnight, Cocaine i Call Me The Breeze.
Niestety, również polska scena muzyczna straciła znaczących artystów. 18 maja zmarł nagle Marek Jackowski, muzyk grup Anawa i Osjan, znany przede wszystkim jako współzałożyciel, gitarzysta i kompozytor przebojów zespołu Maanam. W latach 2011–2013 Jackowski występował gościnnie z zespołem Plateau podczas trasy promującej album Projekt Grechuta. 17 marca we Wrocławiu właśnie z Plateau artysta zagrał swój ostatni koncert. Miał niespełna 67 lat.
W gronie tych, którzy odeszli, znalazł się również Jarosław Śmietana, wybitny gitarzysta jazzowy, przez lata związany z zespołem Extra Ball, posiadający na koncie współpracę z największymi gwiazdami polskiego i światowego jazzu. Śmietana, wskutek powikłań po operacji guza mózgu, zmarł 2 września w wieku 62 lat.
Zabrakło też perkusistów. W lutym po długiej i ciężkiej chorobie zmarł niespełna 60‑letni Jan Pluta, współzałożyciel zespołu Kombi. W czerwcu natomiast w wieku zaledwie 43 lat odszedł wieloletni pałker zespołu Wilki – Marcin Szyszko.
Niestety, śmierć to jedyny pewnik, z którym wcześniej czy później przychodzi się każdemu zmierzyć. Na szczęście po muzykach zostają nagrania, brzmienia i kompozycje, wśród nich również wybitne.

REKLAMA
REKLAMA

Dodaj komentarz

  Ustaw powiadomienia  
Powiadom o