Kalifornijskie lato

0
14
borowiec1726

Z perspektywy czasu patrząc, zjawiska i procesy socjo‑kulturowe, które można by nazwać przygotowaniami do tego wyjątkowego sezonu, pojawiły się sporo wcześniej. Zaczęły się w San Francisco. Jeszcze w 1965 roku poeta beatnik Allen Ginsberg – zgodnie z teorią, że jeśli stosowna ilość „dobrych wibracji” zaistnieje w jednym miejscu, to wszystko będzie możliwe – zorganizował we Frisco pierwszy be‑in („bądź w”). Be‑ins, „zorganizowane dla działalności niezorganizowanej”, stały się ulubionym zajęciem kontrkulturowym po obu stronach Atlantyku, a samo „lato miłości” określano jako przedłużony be‑in.
W owym czasie położone na malowniczych wzgórzach, u stóp mostu Golden Gate – San Francisco stało się stolicą światowego ruchu „flower power”. Długie włosy, wielobarwne ciuchy, kolorowe paciorki, muzykowanie na haju, narkotyczne odloty, na dobrą sprawę właściwie cała psychodelia zaczęła się w tym kalifornijskim mieście.
W styczniu 1967 roku w Golden Gate Park odbył się pierwszy zlot hippisów. W zlocie wzięli również udział radykałowie z Uniwersytetu Berkeley, a zdarzenie to (pierwsze tego rodzaju zauważone przez media) zostało zapamiętane jako „Gathering of The Tribes”, czyli „Zlot plemion”. Oczywiście zlot był pełen muzyki. Wystąpili wówczas The Grateful Dead, Quicksilver Messenger Service, Big Brother & The Holding Company oraz Jefferson Airplane.
Mniej więcej w tym samym czasie, kiedy swoje eksperymenty rozpoczął Ginsberg, legendarny impresario Bill Graham wynajął The Fillmore Auditorium na występy miejscowej Trupy Mimów. Niedługo potem stało się ono bazą dla pisarza Kena Keseya – autora kultowej powieści Lot nad kukułczym gniazdem. Kesey przeprowadzał tu swoje eksperymenty z halucynogenami, znane jako Acid Tests.
W Fillmore zrodziły się klimaty nadające ton specyficznej atmosferze miasta. Często odbywały się tam koncerty, z którymi do 1968 roku wystąpili niemal wszyscy najważniejsi amerykańscy wykonawcy, a najczęściej grupa Grateful Dead.
Latem 1967 roku najsłynniejszą dzielnicą Frisco, będącą właściwie hippisowską enklawą, była Hight Asbury. Najbardziej znanym obiektem był budynek znajdujący się przy 710 Ashbury Street, w którym w zgodnej komunie mieszkali członkowie zespołu Grateful Dead wraz z – nazwijmy to umownie – osobami towarzyszącymi. Obiekt ten, choć nie jedyny tego rodzaju, stał się najbardziej obfotografowanym budynkiem w tamtym czasie.
Innym ważnym miejscem był dom z imponującą kolumnadą, którego okna wychodziły na Golden Gate Park. W latach sześćdziesiątych pomalowany był na czarno i bogato ozdobiony złoceniami. Mieścił się przy 2400 Fulton Street. Przez lata było tam biuro zespołu Jefferson Airplane i jego słynnej wokalistki Grace Slick. Pikanterii dodaje fakt, że ponoć ze względu na skłonności Grace jej koledzy z zespołu nigdy nie odważyli się żyć w komunie, à la kumple z Grateful Dead.
Największym przebojem tamtego lata była piosenka śpiewana w całej Ameryce – San Francisco Scotta McKenzie, wydana na singlu 10 czerwca 1967 roku. Latem 1967 roku na szczytach list przebojów znalazły się poza wspomnianym takie przeboje jak: All You Need Is Love Beatlesów, pełne żaru Light My Fire Doorsów czy piękne A Whiter Shade Of Pale zespołu Procol Harum.
Hippisująca młodzież, nie tylko zresztą w Stanach Zjednoczonych, kierowała się w tamtym czasie hasłem czyń pokój, nie wojnę (make love, not war), co było efektem sprzeciwu wobec działań wojennych w Wietnamie.
W tamtym czasie przedstawiciele ruchu flower power w odniesieniu do siebie nigdy nie używali słowa „hippis”. Chętniej mówili o sobie freaks (dziwolągi). Angielski termin hippie był wówczas protekcjonalnym określeniem młodych ludzi, nadawanym przez starszych muzyków lub przedstawicieli bohemy. Prasa jednak, idąc za przykładem Herba Caena, dziennikarza z San Francisco, ochoczo pochwyciła ten termin.
Latem 1967 roku hippisi naiwnie wierzyli w potęgę kwiatów, starali się czynić dobro, poszukiwali w świecie pozytywnych wibracji i, oczywiście, wierzyli w potęgę miłości, zwłaszcza tej wolnej. Szkoda jednak, że ich droga do utopijnego społeczeństwa przyszłości okazała się, za sprawą prochów, jedynie mirażem wiodącym przez odmienne stany świadomości.

Dodaj komentarz

  Ustaw powiadomienia  
Powiadom o