Kamień węgielny progrocka

0
58
borowiec1741

W opublikowanym w 1999 roku na łamach miesięcznika Tylko Rock w zestawieniu 100 płyt, które wstrząsnęły polskim rockiem, album zespołu dowodzonego przez gitarowego mistrza – Roberta Frippa, sklasyfikowany został na pozycji czwartej. Tak wysokie miejsce pokazywało, jak doniosłą rolę w kształtowaniu i gustu, i wrażliwości muzycznej odegrał w naszym kraju. Oczywiście nie wszyscy polscy fani rocka znali w tamtych czasach płytę w całości, jednak słynna ballada Epitaph była powszechnie rozpoznawalna. Ciekawostką pozostaje fakt, że ten przerażająco smutny utwór uchodził wówczas za… pościelówkę, czyli kawałek do przytulania się. Było to efektem dość powszechnej nieznajomości języka angielskiego.
Na In The Court Of The Crimson King dominował mroczny styl. 30 lat później Mike Giles, ówczesny perkusista zespołu, na łamach miesięcznika Tylko Rock tak się o tym wypowiadał: Styl narodził się samoistnie (…), w każdym z nas było wtedy wiele frustracji i złości. Wszyscy byliśmy rozgoryczeni, że nie udało nam się niczego zdziałać z poprzednim zespołem. I te frustracje, ta złość bez wątpienia znalazły ujście w muzyce King Crimson. Nie był to jednak najważniejszy składnik (…). Ów mrok to nie było coś zaplanowanego (…), to się po prostu zdarzyło. Moim zdaniem jednak muzyka King Crimson nie była pozbawiona jasności, nie była pozbawiona elementu humoru. Może nie jest to widoczne na płycie, ale na pewno było widoczne podczas występów.
Zadziwiający swoją dojrzałością artystyczną album został zarejestrowany między lipcem a sierpniem 1969 roku w londyńskich Wessex Sound Studios. Odbyło się to bez pomocy producenta spoza zespołu, bowiem młodzi muzycy chcieli decydować o każdym etapie jego powstawania.
Otwierający płytę utwór 21st Century Schizoid Man, dynamiczny, o prowokacyjnie zdeformowanym brzmieniu i szaleńczej kakofonii w finale, wprawiał w osłupienie.
Po nim rozbrzmiewała będąca jego całkowitym przeciwieństwem kompozycja I Talk to the Wind. Piękna, czarująca, oparta o dźwięk fletu, z łagodnym śpiewem Grega Lake’a. Kiedy wydawało się, że to jej koniec, następowała niespodzianka – wszystko jeszcze raz wracało, a flet snuł swą opowieść.
Drugą stronę płyty rozpoczynała kompozycja Moonchild, w której po krótkim, nieco bajkowym wstępie w The Dream rozbrzmiewała część druga The Illusion. Manish Agarwal, dziennikarz i recenzent (m.in. Times, Kerrang!) tak pisał o tym utworze: Moonchild jest sielską piosenką miłosną z dreszczykiem, rozciągniętą do epickich rozmiarów przez improwizowane jazzowe interludium.
Po Moonchild otwierał się niezwykłej urody finał w postaci tytułowej kompozycji The Court Of The Crimson King. Agarwal opisał ją następująco: piosenka tytułowa wyczarowuje średniowieczną scenerię, łącząc folkowe arabeski, górnolotne werble i barokowy flet.
Niewątpliwie jednak najbardziej rozpoznawalnym utworem pozostał kończący stronę A, wspomniany wcześniej Epitaph. Ten kapitalnie zaśpiewany przez Grega Lake’a (później Emerson, Lake And Palmer) progrockowy song był efektem pracy całego zespołu. Gęste faktury melotronowe Iana Mc Donalda, orkiestralna kolorystyka, zbieżność formalna z allegro sonatowym i klasycznie zorientowany patos ekspresji (odpowiednie frazowanie Lake’a) uczyniły z Epitaph sztandarowy utwór rocka symfonicznego. Pełen metafor i sugestywnego obrazowania tekst Pete’a Sinfielda, jednego z największych poetów rocka, doskonale dopełniał całości. Pęka mur, z którego przemawiał prorok/Promień słońca igra na pieśni żałobnej/Tam sny i nocne koszmary rozdzierają wszystko/Czyje ręce złożą laur, gdy cisza topi krzyk/Przerażenie będzie moim epitafium/Czołgam się, a droga łamie się i pęka/Jeśli dobrniemy do celu, będziemy się śmiać/Lecz jestem pewien, że wcześniej rozlegnie się płacz (tłum. Jędrzej Polak, Marek Zagaiński).
Z tym mrocznym i smutnym albumem doskonale korelowała jego niezwykła okładka. Przygotowana została przez programistę komputerowego, Barry’ego Godbera, który wkrótce później zmarł na atak serca.
O debiucie King Crimson napisano już raczej wszystko. Blisko półwieku od czasu wydania kolejne słowa o nim mogą być albo nazbyt patetyczne, albo też tylko trywialne. Dla mnie to jeden z niewielu albumów w historii rocka, wobec których powiedzenie – pisać o muzyce to jak tańczyć o architekturze – jest do bólu adekwatne.

REKLAMA

Dodaj komentarz

  Ustaw powiadomienia  
Powiadom o