Karmazynowa czerwień

0
247
borowiec1941
REKLAMA

Z perspektywy czasu patrząc, Red zamyka najbliższy mi okres w twórczości Roberta Frippa i jego bandu. Nie zmienia to faktu, że niezwykłą wartość tego szlachetnego krążka dostrzegłem (raczej dosłyszałem) dopiero z czasem, bo gdy miałem czternaście lat nie było to możliwe. Przyznam jednak, że muzycznie już wtedy, w tajemniczy sposób, album mnie intrygował. Niestety, w warstwie literackiej pozostawał absolutnie nierozpoznany. Dziś, kiedy język angielski jest powszechnie używany, brzmi to zabawnie, ale w tamtej dekadzie dopiero po latach dotarło do mnie, że „red” to nie tylko kolor, bo w stosownym kontekście, może znaczyć tyle, co „krwawy”. Jednak ad rem.
Materiał wypełniający płytę, z wyjątkiem zarejestrowanego na żywo w Rhode Island utworu Providence, został nagrany latem 1974 roku w londyńskim studio Olympic. Jego głównym twórcą był lider i gitarzysta Robert Fripp (grający również na mellotronie), a obok niego śpiewający bassman John Wetton i perkusista Bill Bruford. To twarze tych trzech muzyków widnieję na okładce płyty. Jednak nie tylko oni wykreowali niezwykły, niepowtarzalny klimat płyty. We wspomnianym utworze Providence przejmująco zabrzmiały skrzypce Davida Crossa, który przed sesją nagraniową z własnego wyboru znalazł się poza zespołem. Cross tamten okres tak wspominał: Byłem pełen wahań co ze sobą począć, jak pokierować dalszą karierą. Zapytałem ich, czy nie chcieliby, bym dograł swoje partie do nagrań, których dokonali w trójkę. Ale niestety… uznali, że skoro postanowiłem odejść, poradzą sobie beze mnie.
Cross zatem, choć znakomicie, jedynie uzupełnił trójkę głównych muzyków. Istotnego wsparcia udzielili także saksofoniści: sopranowy Mel Collins i altowy Ian McDonald w finałowym Starless. Ten drugi zagrał również w One More Red Nightmare.
Red otwierał utwór tytułowy, autorstwa Roberta Frippa, z powalającym wejściem gitary i przygnębiającym, zgrzytliwym riffem, w środku wypełniony m.in. przytłaczającymi smyczkowymi partiami basowymi. Gdzieś, kiedyś przeczytałem, że Red to zwiastun tego, co nienazwane a zarazem nieodwracalne.
Druga na płycie kompozycja Fallen Angel zaczynała się jak urzekająca nostalgiczna ballada. Potem jednak kojąco brzmiący w tle obój ustępował miejsca niepokojącym dźwiękom gitary i utwór przechodził w rozdzierający refren. W kompozycji tej Wetton śpiewał: Zaśnieżone ulice zimowego Nowego Jorku, splamione krwią tych, którzy pobłądzili. Zemdlony, zmęczony, dziki i niegodny. Bóg jeden wie jak długo jeszcze…
Dalej brzmiał One More Red Nightmare z niezapomnianymi przeplatającymi się wzajemnie solówkami saksofonu i gitary w drugiej części. Utwór urywał się nagle i przechodził w Providence z narastającą atmosferą przytłoczenia. Dalej następowało cudowne, przejmujące zwieńczenie płyty, czyli Starless, uznane przez muzykologów Erica Tamma i Edwarda Macana za szczytowe osiągnięcie zespołu.
Płyta nie uzyskała jakiegoś wybitnego sukcesu komercyjnego, ale minęło półtorej dekady i w Stanach Zjednoczonych, dzięki Kurtowi Cobainowi, zyskała popularność. Bill Bruford w rozmowie z Wiesławem Weisem z 1997 roku tak powiedział: Cobain naprawdę lubił „Red” i często o tym mówił. Sprawił, że płyta zaczęła znowu świetnie się sprzedawać. I gdybyś dziś zapytał jakiegokolwiek młodego człowieka w Stanach, co wie o King Crimson, okazałoby się, że przede wszystkim zna „Red”, a nawet nie słyszał o „In The Court Of The Crimson King” (wybitny debiutancki album grupy – przyp. KB). Dla ludzi młodych „Red” jest tym, co ich przyciąga do King Crimson. Uwielbiają tę mocną, ostrą, niemal thrashową muzykę.
Na koniec wracam jeszcze do kompozycji Starless. Współautor wypełniających ją słów, Richard Palmer James, tak mówił: Ten tekst to zaledwie dwanaście wierszy. I dlatego napisanie go było tak trudne. Przygotowałem pięć czy sześć wersji, każda na inny temat. Pokazałem ją Johnowi Wettonowi, a on wybrał różne fragmenty, dodał coś od siebie i stworzył nową całość. Powstał tekst bardzo impresyjny. Wydaje się, że mówił on o rozczarowaniu pomiędzy dwojgiem bliskich przyjaciół, niekoniecznie kochanków. Jeśli można zinterpretować „Starless”, jest to rzecz o rozpadzie przyjaźni. Oto istotny fragment tego tekstu: Mój miłosierny stary przyjaciel obdarza mnie okrutnym krzywym uśmieszkiem. Niesie mi nim bezdenną pustkę, bezgwiezdną ciemność i biblijny mrok.
Starless to bardzo smutne, ale też bardzo piękne zwieńczenie płyty. Płyty niełatwej, dojmująco smutnej i… skończenie pięknej.

REKLAMA
REKLAMA

Dodaj komentarz

  Ustaw powiadomienia  
Powiadom o