Kielce, rock i dinozaury

0
borowiec
REKLAMA

Warto wiedzieć, iż ta cenna festiwalowa inicjatywa podjęta została w świętokrzyskim grodzie przez kilku zapaleńców. Wystartowała w sposób zupełnie niewiarygodny, gdyż jej pierwsza emisja miała… budżet zerowy. Dziś festiwal ma sponsorów, wsparcie władz miasta i województwa, a w przeglądach konkursowych młode zespoły tak rockowe, jak i bluesowe walczą o nagrody pieniężne. Przez trzy dni na kieleckich scenach grają dobre polskie grupy, a publiczność może oklaskiwać legendarnych rockowych dinozaurów światowego formatu.
Oglądanie festiwalowych występów rozpocząłem drugiego dnia od koncertu legendy polskiego rocka – zespołu Nurt. Przyznam, że nie spodziewałem się tak solidnej muzyki zaserwowanej z takim pazurem. Z drugiej strony jednak nie powinno nikogo dziwić, że zespół dowodzony przez świetnego gitarzystę i współzałożyciela grupy – Aleksandra Mrożka (potem Porter Band, Stalowy Bagaż, Recydywa), jest kapelą tak rasową. Równie ciepłe emocje wywołał we mnie koncert Władysława Komendarka. Ten barwnie odjechany klawiszowiec zaserwował całkiem udany spektakl mocno czerpiący z dokonań Tangerine Dream. A zarzut? No cóż, gdyby występ artysty trwał kwadrans krócej, wrażenie byłoby zdecydowanie lepsze.
Natomiast finał sobotniego wieczoru był pyszny. Band prowadzony przez Martina Turnera, współzałożyciela, basistę i głównego tekściarza zespołu Wishbone Ash, dał kawał solidnej i zarazem pięknej muzyki. Muszę nawet przyznać, że koncert Wishbone Ash Andy’ego Powela (pozostała przy nim nazwa), jaki dwa lata temu miałem okazję oglądać w Muzycznej Owczarni, był mniej „łyszboneszowaty”.
W sobotni wieczór Martin Turner jedynie na początku lekko przeszarżował głosowo, idąc w zbyt wysokie rejestry przy Throw Down The Sword, ale potem już wszystko było jak należy. Zabrzmiały wielkie numery z The Pilgrim, The King Will Come czy The Warrior na czele. Może szkoda, że zabrakło słynnego Pheonix, ale i tak było wybornie.
Dla pewnej części publiczności zaskoczeniem in minus był niedzielny występ zespołu Nicka Simpera, pierwszego basisty Deep Purple. Należało wszak sądzić, że nazwisko zobowiązuje. Niestety. Przy czym wątpliwym pocieszeniem pozostaje fakt, że koncert, jaki miał miejsce kilka lat temu podczas Festiwalu Legend Rocka w Dolinie Charlotty, był (nie wiem, jak to możliwe) jeszcze gorszy. W sali Kieleckiego Centrum Kultury miałem wrażenie, że oto odbywa się tu tępe rżnięcie Bóg wie czego, a „ubarwiają” je wokalne okropieństwa w rodzaju piosenki Lalena (skądinąd pięknej kompozycji Donovana). Z moim wiernym koncertowym kompanem – Pawłem, stwierdziliśmy, że w tym dziwnym zespole, któremu nawet słynny Hush niewiele pomógł, najbardziej dramatyczne zmagania z instrumentem przejawiał bębniarz. Ale niech tam. Byli i tacy, którym panowie muzykanci, mimo wszystko, się podobali.
Na szczęście na finałowy koncert organizatorzy zaprosili legendę holenderskiego rocka – zespół Focus. Jak się okazało, był to crème de la crème imprezy, który wśród festiwalowej publiczności wzbudzał iście entuzjastyczne reakcje.
W ostatnich latach Focus miałem przyjemność oglądać po raz drugi. Mam jednak nieodparte wrażenie, że był to występ jeszcze lepszy niż ten, jaki latem 2009 roku odbył się w Dolinie Charlotty. Lider, Thijs van Leer, mimo upływu lat wciąż jest w świetnej dyspozycji muzycznej, klasą dla siebie pozostaje siedemdziesięcioletni perkusista Pierre van der Linden, 50‑latek Bobby Jacobs to bassman pierwszoligowy, a najmłodszy z nich Menno Gootjes mógłby sporo nauczyć niejednego znanego gitarzystę.
Podczas koncertu zabrzmiały najbardziej rozpoznawalne utwory zespołu, a więc House of The King, Sylvia, Eruption, Harem Scarem, a w finale bodaj najsłynniejszy z nich Hocus Pocus. Było też miejsce na solo basisty i popis bębniarza. Na bis zabrzmiał Focus III. Koncert zespołu był ucztą, w której piękne muzyczne przestrzenie wypełniał albo kapitalny rockowy drive, albo wysmakowane tematy o klasycznej lub jazz‑rockowej proweniencji. Wszystko nienagannie zaaranżowane, bezbłędnie zagrane, o magii i dramaturgii rodem z najlepszego spektaklu, okraszone przy tym ciepłym humorem lidera.
W finale koncertu Thijs van Leer ze wzruszeniem stwierdził, że w Kielcach czuje się jak w domu. Chciałoby się rzec: mister van Leer, wielu przyjezdnych, również tych uczestniczących w festiwalu po raz pierwszy, poczuło się tu jak w domu, rockowym domu.

Obserwuj nas na Google NewsBądź zawsze na bieżąco - wejdź na Google Wiadomości i zacznij obserwować nasze newsy.


REKLAMA
Ustaw powiadomienia
Powiadom o
0 komentarzy
NAJNOWSZE
NAJSTARSZE NAJWYŻEJ OCENIANE
Opinie w treści
Zobacz wszystkie komentarze